Lingwistów uważa się w powszechnym mniemaniu za nieszkodliwych, nadmiernie wykształconych wariatów. Poligloci, owszem, budzą podziw, ale przy okazji również lekki niepokój – bo właściwie po co komu znajomość 15 języków, skoro wystarczy angielszczyzna i translator Google’a. Na dźwięk słowa „gramatyka” większość populacji zaczyna albo ziewać, albo nerwowo się pocić. Odkrycie, że mówi się w języku, w którym dowolny czasownik może występować w grubo ponad stu formach gramatycznych – a to przypadek polszczyzny – da się porównać do odkrycia pana Jourdaina z „Mieszczanina szlachcicem” Moliera: „U licha! Już przeszło 40 lat mówię prozą, nic o tym nie wiedząc”.

W istocie nie wiem, dlaczego tak jest; niewykluczone jednak, że chodzi o banalną konstatację, że na ogół języka się u ż y w a, a nie myśli się o nim. I że ta bezrefleksyjna, funkcjonalna płynność leży u podstaw codziennej ludzkiej komunikacji. Mówiąc inaczej: gdy powszedni użytkownicy języka zaczynają się otwarcie zastanawiać nad własnym (i cudzym) słownictwem oraz regułami gramatyki, to wiedzcie, lingwisto i socjologu, że dzieje się coś wykraczającego poza gładką rutynę. Bo oczywiście język jest czymś więcej niż tylko sposobem porozumiewania się; może być narzędziem sprawowania władzy, narodowym skarbem, ekspresją grupowej, klasowej bądź etnicznej tożsamości, wyrazem kulturowej otwartości (bądź kulturowego zamknięcia), ale też wspomnieniem dawnej świetności bądź niechcianym ciężarem. Dla naukowca zajmującego się dynamiką życia społecznego język jest żywym laboratorium wyposażonym w niezwykle czuły sprzęt pomiarowy. Dla historyka – niezrównanym dokumentem dawnych przemian.

Światełko w ciemności

Bardzo ciężko jednak napisać o tym książkę, która nie odstraszy niefachowego czytelnika nadmiarem specjalistycznej terminologii – współczesna lingwistyka, nawet ta o zacięciu socjologicznym, bywa dość hermetyczna. To rzekłszy, z czystym sumieniem mogę polecić „Babel” Gastona Dorrena, holenderskiego językoznawcy, dziennikarza i poligloty (sam posługuje się 11 językami). Dorren, mam wrażenie, sprawi, że językoznawstwo zyska rzeszę nowych fanów – nowi fani sami mogą być zaskoczeni takim obrotem spraw.

źródło: DGP

Pomysł Dorrena był prosty: sportretować w esejach poręcznych rozmiarów 20 największych – pod względem posługującej się nimi populacji – języków ludzkości, uporządkowanych wedle przybliżonej liczby użytkowników. „Babel” zaczyna się więc od rozdziału o wietnamskim (którego Dorren próbował się bezskutecznie nauczyć – i nie on pierwszy spośród Europejczyków poległ), kończy zaś rozdziałem o angielskim, obecnym globalnym lingua franca. Teraz myślicie sobie: ale nuda! Nic bardziej mylnego. Dorren jest fenomenalnym przewodnikiem po językoznawczych moczarach, a przy tym oprócz wiedzy ma dziennikarski, literacki warsztat i wrażliwość na detal – ciekawi go nie tyle sama struktura języka, ile najrozmaitsze aspekty językowej historii i kultury. „Każda z opowieści skupia się na jednym języku, ale oprócz tego porusza jakieś wybrane zagadnienie, mówi o pewnej szczególnej jego cesze” — pisze autor we wstępie. Jest to zrobione tak, jakby Dorren posługiwał się punktowym reflektorem i wyławiał z mroku różne, starannie wyselekcjonowane miejsca na wielkiej scenie: ujrzenie sceny naraz w pełnym świetle mogłoby odbiorcę przyprawić o szok, z wybranych fragmentów da się wszelako uskładać jakąś wizję całości.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP