Po takim liście nie powinien pan tego filmu robić.

Arcybiskup w punkcie 10. pisze, że brak weryfikacji stanu kapłańskiego jest niemożliwy. Nieprawda, bo przecież scenariusz „Bożego Ciała” inspirowany jest faktami, powstał na prawdziwej historii chłopaka, który przez dwa miesiące udawał księdza w parafii opisanej w reportażu przez Mateusza Pacewicza. I to Mateusz jest autorem scenariusza. Zresztą w Polsce jest kilkanaście przypadków rocznie, kiedy osoba świecka udaje księdza.

Ale de facto arcybiskup wydał zakaz.

Na szczęście Kościół w Polsce jeszcze nie decyduje o tym, jakie filmy mogą powstawać, a jakie nie. Zdaje sobie oczywiście sprawę, że to są bardzo ostre słowa. Myślę nawet, że to jest najmocniejsze, co filmowiec może dostać od hierarchy. Mniej więcej w tym samym czasie, co list od abp. Szala, otrzymałem dwie recenzje scenariusza od duchownych redaktorów. I to były piękne teksty. Znowu się okazało, że Kościół ma wiele twarzy. Ta dominująca to taka, która objawiła się w liście od hierarchy. Mam nadzieję, że abp Szal zobaczy „Boże Ciało” i przekona się, że film jest o pojednaniu, wspólnocie, a nie o sensacyjnych wątkach z życia Kościoła. Proszę też pamiętać, że ten list przyszedł do nas w kwietniu zeszłego roku, czyli pół roku przed filmem „Kler”, który potem zobaczyło 5 mln ludzi, i rok przed „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. Jestem jednak pewien, że nie uszło uwadze hierarchów, że takie filmy powstają.

Podczas pracy nad „Bożym Ciałem” zrozumiałem, że fakt, iż ta instytucja milczy w wielu sprawach trudnych, nie rozmawia, nie dialoguje, wcale nie oznacza, że nie wie, co się dzieje. Nie zabiera głosu, bo po prostu uznaje, że nie jesteśmy partnerem do rozmowy. Ja takiego Kościoła nie chcę. Mnie chrzcił ks. Jan Góra. On był człowiekiem otwartym na dialog. Dominikaninem. Jeśli w ogóle mogę mówić o wychowaniu blisko Kościoła, to był to właśnie Kościół otwarty, pełen artystów, intelektualistów, teraz pogardliwie nazywanych lewakami. Stało się coś dziwnego, coś nam wszystkim umknęło, jeśli chodzi o Kościół, który przecież w latach 80. chronił, był ostoją, pomagał wszystkim.

I chce pan powiedzieć, że po 1989 r. dużej grupie przestał być potrzebny?

W latach 90. część Polaków wiele o Kościele nie myślała, w 2000. zachłysnęliśmy się Unią Europejską, nowymi wartościami, tolerancją, otwartością. I nagle 30 lat wolności mija i okazuje się, że ten Kościół jest, tylko że płyniemy na dwóch różnych krach.

I pan stoi okrakiem?

Wcześniej miałem wrażenie, że stoimy okrakiem, że robimy szpagat. Teraz jesteśmy zupełnie oddzielnie. I tu, i tam jest pogarda, wzajemne obrażanie. Z jednej strony jesteśmy najszybciej laicyzującym się krajem na świecie, z wielkim kryzysem powołań, z Kościołem, który się boi rozmawiać. Z drugiej strony ten polski Kościół zaczął się sam murować, odgradzać od tych, którzy myślą trochę inaczej. I można się na to oczywiście obrażać, gardzić tym. Tylko co z tego wynika? Tak, jestem na tej krze, która płynie zupełnie gdzie indziej niż ta z Kościołem, ale…

Ale chciałby pan, żebyśmy budowali wspólnotę, pojednali się, byli wypełnieni duchowością.

Kiedy czytałem scenariusz Mateusza, uderzyła mnie jedna scena. Bohater, który udaje księdza, przychodzi do wdowy, której sąsiedzi napisali na domu: „Ty kurwo”. Kobieta pyta: „Chcecie coś po moim mężu?”. I daje im hejterskie listy od sąsiadów. Tu zostało przełożone na scenariusz to, z czym mamy do czynienia w rzeczywistości.

Że co innego mówimy, a co innego robimy?

Że czym innym jest PR, propaganda i traktowanie gości, a czym innym jest to piekło, w którym sobie na co dzień żyjemy i hierarchizujemy, że sami między sobą doskonale umiemy się zabijać, kiedy nikt nie patrzy. I nie, nie dzieje się to tylko w małych, prowincjonalnych miasteczkach, na tamtej, nie mojej krze. Jest już gotowy mój kolejny film „Sala samobójców. Hejter”, który dzieje się na tej krze, w tej „mojej” miejskiej bańce. Opowiadam w nim o złu, cynizmie, hipokryzji. Opowiadam o posiadaczach i ich pogardzie. Nie mówiłem jeszcze o tym publicznie. Film został zrobiony ze środków prywatnych. Głównym inwestorem jest TVN, który jest kojarzony z jedną opcją polityczną. Film jest o hejcie w ogóle, ale pokazuje pogardę środowisk posiadaczy oraz frustrację i nienawiść w środowiskach nieuprzywilejowanych. Rdzeniem tego filmu jest bohater, który zaczyna przygotowywać zamach na prezydenta miasta.

Inspirował się pan zamachem i zabójstwem prezydenta Adamowicza?

Nie, bo zdjęcia skończyliśmy w grudniu 2018 r., a prezydent zginął 13 stycznia 2019 r. Ten zamach był jedyną rzeczą w filmie, który był absolutnie political fiction. Co więcej, imię filmowego prezydenta to Paweł, a imię zamachowca to Stefan.

Scenarzysta jest taki profetyczny?

Nikt nie wie, jak to się stało. Naprawdę. To jest wszystko trudne do wytłumaczenia. Scenarzystą też jest Mateusz Pacewicz. Co więcej, data premiery wpisana do dystrybucyjnych papierów ponad rok temu została zaplanowana na 13 stycznia 2020 r., dokładnie w rocznicę zamachu. Mam z tym problem, jednak stało się tak, jakby rzeczywistość nas chciała dogonić.

W filmie dochodzi do zamachu?

Dochodzi.

Nożem?

Nie, bronią wykradzioną ze strzelnicy, na którą chodzą chłopaki, miłośnicy broni i historii.

I „Boże Ciało”, i „Hejter” to są filmy polityczne.

To są filmy o stadach, o bańkach, w których funkcjonujemy. Algorytmy nam w tym pomogły, bo to są współczesne, digitalne mury, które nas od siebie oddzieliły. Może nam się wydawać, że mamy pełen obraz świata, a tak naprawdę mamy połowę. Algorytm spowodował, że nie trafiła do nas ani krztyna informacji z tej drugiej połowy. I tak się żyje poniedziałek, wtorek, środa... I tygodnie lecą. I nagle ktoś mówi, że edukacja seksualna będzie penalizowana. Pięć lat. I pojawia się poczucie, jakby ktoś nas okradał, oszukiwał. U niektórych pojawia się z tego powodu autentyczny ból fizyczny. Niektórzy są na granicy histerii. I potrzeba trochę wysiłku i chęci, żeby sprawdzić, co jest w tej drugiej połowie. Robiąc „Hejtera”, wysiliłem się. I wiem, że tam jest ten sam rodzaj histerii, okopywanie się w swoich przekonaniach. Opowiadam o wspólnocie, a właściwie o rozbijaniu wspólnoty, o tym, że potrzeba bardzo dużo wysiłku, by podjąć dialog. Trudne, bo dialog zabiera czas, podnosi ciśnienie, mózg musi kluczyć, wykonywać inne operacje niż codziennie, a do tego, nie daj Bóg, trzeba będzie wejść w buty drugiej osoby.

Rozumiem, że pan postanowił być artystycznym zbawcą naszego podzielonego narodu.

Zbawcą może nie, ale uważam, że jak się ludziom opowiada o takich sprawach w kinie, o tym, co powoduje nienawiść, potworne napięcie, chęć odwetu, zamachy, to jest nadzieja, że zaczynają rozumieć drugą stronę. Czuję, że bańka lewicowo-liberalna ma potworną potrzebę odwetu na tej bańce, która ją przez cztery lata opluwała, a ta z kolei ma potrzebę odwetu za osiem poprzednich lat opluwania. A to jest nic innego, jak początek bratobójczych walk. Asghar Farhadi, mój guru reżyserii, powiedział na warsztatach w Busan, w Korei, że współczesna tragedia to jest walka dobra z dobrem. Przecież abp Szal, który napisał do nas list, jest przekonany, że broni wartości, że stoi na straży dobra. Lidia, kościelna w „Bożym Ciele”, też broni wartości. Z jednej strony jest fanatyczką szantażującą ludzi własną traumą – nikt jej nie podskoczy, bo przecież straciła syna w wypadku, z drugiej mówi przecież: „Gdyby nie Bóg, to bym nie wstała z łóżka”. Nie wiadomo, co z nią zrobić, przecież jest dobra. Nie wiadomo, co zrobić z gościem, który oszukuje ludzi, że jest księdzem, a jednocześnie robi wiele dobra. Oszust, który robi dobro. Kłamczuch, który wyciąga prawdę. Wykluczeni, którzy sami wykluczają. Co z nimi zrobić? Trzeba ich zrozumieć? No ale przecież wykluczają. Piszą kobiecie na domu „Ty kurwo”, a ona jest bliska samobójstwa. Jeszcze chwilę ją potrzymają w tym hejcie i się pozbędą niewygodnej sąsiadki. Ale przecież są dobrzy. Kiedyś byłem z żoną na filmie „Droga do szczęścia”. O małżeństwie, z Kate Winslet i Leonardem DiCaprio. Pokłóciliśmy się po wyjściu z kina. Ona była wściekła na DiCaprio, ja na Winslet. Na bohaterów przez nich granych. Wtedy zrozumiałem, że kiedy wychodząc z kina, zaczynamy gadać o sobie, to jest to coś najwspanialszego, to esencja. Jeśli wychodzę z kina i jestem tylko zadowolony, to... Niestety, amerykańskie kino się tym rządzi. Mam różne projekty z Amerykanami i oni chcą, żeby widz był zadowolony, żeby to zadowolenie było dla niego nagrodą. Więcej, producenci traktują ten dialog po wyjściu z kina jako rodzaj błędu dramaturgicznego, za który widzów trzeba przeprosić. ©℗

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu Magazynu DGP.