Pojawiła się ostatnio teza, że to gorzej wykształceni i seksualnie sfrustrowani młodzi mężczyźni odpowiadają u nas za sukcesy radykalnej prawicy. Mamy w Polsce polityczną wojnę płci?

Spokojnie, nie mamy wojny płci. Ale rzeczywiście, polaryzująca narracja, która ujmuje głębsze i bardziej skomplikowane konflikty społeczno-polityczne właśnie jako wojnę płci, rośnie w siłę. W wersji prawicowej dostajemy opowieść o cywilizacyjnym starciu między ideologią gender a tradycyjną rodziną, w wersji progresywnej – między równością a patriarchatem.

Czemu służą te narracje?

Zawsze dość wygodnie jest znaleźć grupę, którą można obarczyć odpowiedzialnością za złożone problemy społeczne, jak aktualny kryzys globalnego projektu demokracji liberalnej. Obecnie takim fetyszem dla prawicy jest „obóz gender”, dla lewicy – „wściekli biali mężczyźni”, jak określił ich amerykański socjolog Michael Kimmel. Mamy kozła ofiarnego, więc nie musimy szukać systemowych źródeł problemu. A rzeczywistość jest niestety bardziej skomplikowana.

Ale przecież badania potwierdzają, że mężczyźni i kobiety, zwłaszcza młodzi, różnią się politycznie. Już wyborczy exit poll wskazywał, że to mężczyźni wprowadzili do Sejmu Konfederację – wśród kobiet poparcie dla tej partii było poniżej progu wyborczego.

To prawda, że w przypadku partii skrajnie prawicowych mamy do czynienia ze zjawiskiem tzw. luki płciowej (gender gap). Mężczyźni dużo częściej popierają takie ugrupowania i stanowią większość ich członków. Ta reguła sprawdza się także w Polsce. Tylko że zjawisko to jest znane i szeroko opisywane w naukach społecznych od dekad. Co więcej, ostatnimi czasy badacze zauważają, że w przypadku nowej fali nieliberalnej prawicy luka płciowa maleje. W 2012 r. we Francji kobiety głosowały na Marine Le Pen tak samo często jak mężczyźni; to samo miało miejsce w przypadku partii rządzących w Polsce i na Węgrzech. A media nagle sprzedają nam płciową lukę wyborczą jako wielką rewelację, która ma wszystko tłumaczyć.

Z czego wynika nadreprezentacja mężczyzn w elektoracie i szeregach skrajnej prawicy?

Jest wiele przyczyn, które nie muszą występować łącznie. Po pierwsze, radykalne ugrupowania prawicowe opierają się często na takich taktykach jak protesty uliczne, wandalizm czy przemoc, które przyciągają mniej kobiet. Po drugie, ruchy te mają często „męską” kulturę organizacyjną, a dostęp do władzy zapewniają w niej osobiste relacje z liderami. Po trzecie, grupy skrajnej prawicy w swoim programie i imaginarium często odwołują się do „tradycyjnego” porządku, którego częścią jest hierarchia płci.

Czyli mężczyźni głosują na prawicę, bo chcą odwrócić procesy emancypacyjne?

To nie takie proste. Nie negując mizoginii jako politycznej motywacji niektórych, w przypadku wielu wyborców język retradycjonalizacji może być raczej narzędziem do opowiedzenia o swoich doświadczeniach i wyrażenia związanego z tym rozczarowania czy nadziei.

Jakie to doświadczenia?

Ostatnie dekady były w świecie zachodnim, a w krajach postkomunistycznych w szczególności, czasem „zwijania” państwa, śmierci wielkiego przemysłu i rosnących nierówności. Dla wielu ludzi procesy te wiązały się z utratą poczucia bezpieczeństwa, kontroli nad swoim życiem i wpływu na kraj. Równolegle słabły tradycyjne sieci wzajemnego wsparcia. Rzeczywistość, która wyłoniła się z dekady lat 90., była przez wielu doświadczana jako świat brutalnego indywidualizmu i „wojny wszystkich ze wszystkimi”. Prawicowa retoryka retradycjonalizacji oferuje łatwe i spójne z tymi doświadczeniami rozwiązania.

Treść całego artykułu można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Prawie 80 proc. Polaków uważa, że w szkole powinna być edukacja seksualna [SONDAŻ]