No dobra, czepiam się. Tak naprawdę większość ludzi, którzy projektują samochody, to popaprańcy. Owszem, znają się na swojej robocie doskonale, ale problem polega na tym, że do wszystkiego próbują dorobić jakąś filozofię. Na przykład gościowi, który rysuje kie, jakiś czas temu wyszedł naprawdę świetny, zgrabny grill przedni. Stanął kilometr przed nim na głowie, jedno oko zmrużył, drugie zamknął i wykrzyknął radośnie: „Kurka wodna (w rzeczywistości wykrzyknął inaczej), przecież to jest nos tygrysa!”. I od tamtej pory wszystkie kie mają z przodu nos tygrysa. Naprawdę. Przedstawiciele marki powtarzają to przy każdej prezentacji nowego modelu. Jeżeli kiedyś zderzycie się z jakąś kią i zostaniecie trochę pokiereszowani, to będziecie się mogli chwalić znajomym, że przeżyliście spotkanie z tygrysem.

Natomiast gdy wpadniecie pod peugeota 208, będziecie mogli mówić, że spojrzeliście w oczy lwu, bo przy projektowaniu jego reflektorów jakiś Francuz inspirował się właśnie oczami dzikiego kota. Serio. Ciekaw jestem, czy w tym celu skoczył na weekend na kenijską sawannę, czy może tylko urządził sobie spacer do Parc Zoologique de Paris. A co, jeśli był napruty i tak naprawdę zainspirował się tapirem?

Kolesie od lwa i tygrysa to i tak amatorzy w porównaniu z ludźmi z Mazdy. Oni nie projektują aut. Oni uprawiają sztukę. Ta sztuka nazywa się kodo, czyli „Dusza Ruchu”. Jej ideą jest ożywianie pojazdów dzięki nasyceniu ich kształtów dynamiczną energią i witalnością żywych, aktywnych istot. Nie myślcie sobie, że sam to wymyśliłem. To Japończycy. Ja nie wpadłbym na coś takiego, nawet gdybym wciągnął nosem całą Kolumbię. Gdy zapytacie pierwszego lepszego stylistę Mazdy o przebieg procesu powstawania dowolnego auta, odpowie, że przez osiem lat ślęczał nad błotnikiem, zastanawiając się, jak go ożywić tak, aby przypominał psa.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP