Ja tymczasem nie zajmuję się duperelami, tylko liczę. Ile na przybory, ile na wyjazdy, ile na zajęcia dodatkowe, ile na kieszonkowe. Bo szkoła to nie jest tania rzecz. Mój odświętny garnitur nie kosztował tyle, co para krótkich gaci i koszulka na wf. Lista z wyprawką, jaką otrzymaliśmy z sekretariatu szkoły, wygląda jak umowa kredytu hipotecznego we frankach. W pierwszej chwili zastanawiałem się, czy nie dać jej do przejrzenia jakiemuś prawnikowi.

Gdy w końcu pochyliliśmy nad nią z żoną, doszliśmy do wniosku, że 1 września musimy wynająć półciężarówkę, by to wszystko dowieźć do szkoły. Na liście znalazły się m.in. patyczki do szaszłyków, słomki do picia, balony, węgiel oraz spinacze do bielizny. Wygląda to tak, jakby dyrektorka naszym kosztem chciała sobie urządzić garden party i zrobić pranie. A to nie wszystko. Odkryliśmy, że musimy zorganizować też motek włóczki, gumki recepturki, koraliki, guziki, skrawki materiału, kolorowe pióra, igłę, nici… Mamy podejrzenia, że kadra nauczycielska dorabia na boku, każąc dzieciom szyć ciuchy na paradę miłości. Albo do „Moulin Rouge!”.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP