Temat emerytur stażowych (przyznawanych ze względu na staż pracy, a nie wiek) powraca jak bumerang – zazwyczaj podczas wyborów. Tym razem wyjątkowo po nich nie ucichł, a wybuchł na nowo przy okazji prezentacji Polskiego Ładu. Chociaż projekty ustaw w tej sprawie w ostatnich latach składały już i partie polityczne, i organizacje związkowe, żaden nie doczekał się uchwalenia. NSZZ „Solidarność” liczyła w tej sprawie na prezydenta. Nie doczekawszy się z jego strony inicjatywy ustawodawczej, sama złożyła projekt, w którym proponuje emerytury dla osób, które mają 35 (kobiety) i 40 (mężczyźni) lat stażu. Na takim rozwiązaniu skorzystałaby część ludzi z pokolenia, które na rynek pracy wchodziło w latach 80. Pracę rozpoczynano wtedy często tuż po zakończeniu szkoły średniej, a nierzadko nawet w trakcie nauki w szkole zawodowej. Wprowadzenie emerytur stażowych oznaczałoby więc w praktyce obniżenie wieku emerytalnego, bo niektórzy mogliby z nich skorzystać na długo przed sześćdziesiątką. Związkowcy z Solidarności podkreślają, że w ich projekcie chodzi tylko o możliwość wyboru, bo stażowa emerytura będzie bardzo niska.
Eksperci nie odrzucają zupełnie tego pomysłu, chociaż proponują inne warunki. Emerytury stażowe to słuszne rozwiązanie wtedy, gdy staż pracy będzie odpowiednio wysoki, np. 45 lat, a kapitał zgromadzony w ZUS pozwoli na wypłatę emerytury w wysokości co najmniej 150, a nawet 175 proc. emerytury minimalnej – uważa Oskar Sobolewski z Instytutu Emerytalnego.
Możliwość przechodzenia na emeryturę przed sześćdziesiątką to mimo wszystko kierunek przeciwny do tego, w którym zmierza większość Europy. W niektórych krajach emerytury stażowe co prawda istnieją, ale ogólny wiek emerytalny jest podwyższany i zrównywany. W najbogatszych państwach wynosi już 67–68 lat. Przyczyna jest oczywista – demografia. Wskaźnik dzietności w całej Europie jest niski, a jednocześnie średnia długość życia się wydłuża. Na rynek pracy wchodzi coraz mniej osób.