Z Lorenzem Vidinem rozmawia Karolina Wójcicka

Zajmuje się pan islamem politycznym w Europie i Ameryce Północnej. Czy są jakieś różnice w funkcjonowaniu powiązanych z nim organizacji na obu kontynentach?

W samej działalności wielu różnic nie ma. Za to w Europie toczy się zdecydowanie mocniejsza debata na temat społecznych implikacji ekstremizmu islamskiego. Warto spojrzeć choćby na politykę prezydenta Francji Emmanuela Macrona i kilku innych rządów - nie chodzi im o terroryzm, lecz o wpływ islamu na spójność społeczeństwa. Na przykład we Francji mówi się głównie o separatyzmie czy równoległych społeczeństwach. W USA takich dyskusji jest zdecydowanie mniej.

Czy ta debata wywołuje konkretne działania ze strony rządzących?

Reklama
Dużo się zmieniło po 2014 r., kiedy zaczęliśmy w o wiele większym stopniu mierzyć się z konsekwencjami wojny domowej w Syrii. Rządy są teraz lepiej przygotowane: rozwinęliśmy współpracę międzynarodową, mamy zasoby i dobre prawo. Lepiej też rozumiemy internet, który jest niezwykle istotny dla rozwoju oraz szerzenia się ekstremizmu. Wprowadziliśmy również programy zapobiegające radykalizacji jednostek, bo rozwiązaniem problemu nie zawsze jest wsadzenie kogoś do więzienia. Czasem lepiej zastosować delikatniejsze podejście.

Mówi pan o islamizmie uciekającym się do przemocy. Ale wielu jego zwolenników nie łamie prawa.

Tu sytuacja staje się skomplikowana, bo ci ludzie działają w ramach naszego systemu. Mogą mieć poglądy, które są problematyczne, ale wyrażając je, nie naginają żadnych zasad demokratycznego świata. Na przestrzeni ostatnich lat Zachód zaczął postrzegać ten nieodwołujący się do przemocy islamizm jako zagrożenie. Jesteśmy na etapie, kiedy ta świadomość powinna zostać przeniesiona na konkretne przepisy. To nie będzie proste. Często różnego rodzaju rozwiązania, jak np. zamknięcie danej organizacji czy deportacja konkretnej osoby, nie działają, a wręcz przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych. Wydaje mi się, że wiele europejskich rządów zrozumiało w końcu, że musi stworzyć alternatywę dla takich grup. Dla mnie istotne jest to, że ta debata weszła niedawno do głównego nurtu polityki.

Co to znaczy?

Jeszcze 10 lat temu o islamizmie rozmawiała tylko skrajna prawica. Lewica udawała, że temat nie istnieje, choć przecież islamiści forsują pomysły, które są sprzeczne z jej wartościami. Najlepiej tę zmianę obserwuje się we Francji. Nad Sekwaną z islamem walczyć chcą dziś również Macron oraz politycy na lewo od niego. To samo dzieje się w Danii, która przyjęła jedne z najsurowszych przepisów antyislamskich. A rządem w Kopenhadze kieruje socjaldemokracja. Minister Mattias Tesfaye, który odpowiadał za nowe prawo, to młody mężczyzna pochodzenia etiopskiego, z kolczykiem i tatuażami. Zdecydowanie nie wpasowuje się więc w typ polityka, którego dotychczas kojarzyło się z takim podejściem do islamu. Innym pomysłem jest to, by z islamizmem walczyć na płaszczyźnie intelektualnej. Grupy te mają prawo istnieć, bo tolerujemy przecież różne problematyczne organizacje. Nie powinno się więc ich delegalizować, tylko sprawić, by nie były akceptowane nawet w środowisku muzułmańskim, a ich przekaz się nie przebijał.
Lorenz Vidino, naukowiec zajmujący się islamskim ekstremizmem, pracuje na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona