W momencie, gdy piszę te słowa, wydaje się, że rozmowy pomiędzy Moskwą a Zachodem utknęły w miejscu, a świat czeka z zapartym tchem, czy prezydent Rosji Władimir Putin rozkaże 100 tys. żołnierzy, których zgromadził przy granicy z Ukrainą, uderzyć na ten kraj. W chwili obecnej warto odkurzyć trzy stare koncepcje z obszaru teorii stosunków międzynarodowych, aby ocenić sytuację strategiczną.

„Dominacja eskalacyjna”

Reklama

Pierwsza z tych koncepcji nazywa się „dominacją eskalacyjną” (escalation dominance). Określenie to zostało ukute w czasie zimnej wojny przez Hermana Kahna, który był inspiracją dla tytułowego bohatera czarnej komedii pt.: „Dr. Strangelove”. Idea „dominacji eskalacyjnej” oznacza, że w jakimkolwiek konflikcie strona, która jest w lepszej pozycji, podbija stawkę – ponieważ wie, że mogłaby wygrać i w łatwiejszy sposób ponieść koszt lub bardzo chce coś osiągnąć – posiada strategiczną przewagę. Przeciwnicy tej dominującej strony znajdą się wtedy pod jeszcze większą presją, aby się wycofać lub dostosować.

Jak dotąd Putin bardzo wyraźnie cieszył się dominacją eskalacyjną w ramach konfliktów o Ukrainę i szerzej w regionie. Rosyjski prezydent powiedział jasno, że Ukraina - której nie postrzega jako narodu, ale jako część większej strefy wpływów Rosji – jest warta dla niego więcej niż kiedykolwiek będzie warta dla USA, NATO czy Unii Europejskiej. Putin jest gotów ponieść cenę krwi, a Zachód pod tym względem nigdy mu nie dorówna.

Jak zaobserwował były ambasador Nowej Zelandii w Rosji, oznacza to, że Putin „może zwiększać i zmniejszać napięcie zgodnie z tym, co mu pasuje”. Zachód nigdy nie będzie pierwszy na drodze wchodzenia na kolejny szczebel drabiny eskalacyjnej (trzymając się pojęć Hermana Kahna). Zachód może jedynie podążać za tym, gdzie pójdzie Putin. Interes Zachodu zawsze będzie leżał w tym, aby skłonić Putina do zejścia z drabiny eskalacyjnej.

Zatem Putin jest w całkiem niezłym miejscu na swojej drabinie. Rosyjski przywódca mógłby wykorzystać przewagę strategiczną, aby osiągnąć cele, zakładając, że ma co do nich jasność. Jeden z bardziej przerażających scenariuszy zakłada, że Putin może jednak nie mieć wyklarowanych celów. Niektórzy z zachodnich negocjatorów po rozmowach w Genewie, Brukseli i Wiedniu mieli wrażenie, że nawet emisariusze rosyjskiego prezydenta nie wiedzieli, czy Putin chce kompromisu, czy raczej szuka pretekstu do inwazji na Ukrainę.

Nadrzędnym celem Putina jest stworzenie strefy wpływów w obrębie państw byłego ZSRR oraz państw buforowych w Europie Wschodniej, na Kaukazie i dalej. Putin jednak chce stworzenia takiej strefy wpływów nie tyle ze względu na chęć powstrzymania ataku NATO na Rosję (bo wie, że taki atak nie stanowi dla niego ryzyka), ale dlatego, że nie chce, aby jakiekolwiek sąsiadujące z Rosją państwo stało się żywą, liberalną i prozachodnią demokracją.

Jakikolwiek sukces takiego demokratycznego państwa pokazywałby Rosjanom to, czego u nich brakuje, a przez to podważałby rosyjski model rządów, czyli jedyną rzecz, o którą dba Putin. W efekcie rosyjski prezydent, aby utrzymać się u władzy, potrzebuje stworzenia pasa państw upadłych wokół Rosji.

Z tego punktu widzenia maksymalistyczne żądania Putina względem USA i NATO, które opublikowano w ubiegłym miesiącu, zarówno mają, jak i nie mają sensu. Mają sens, ponieważ obejmują to, co odpowiada za realizację strefy wpływów – Putin chce, aby NATO już nigdy nie zwiększało swojego zasięgu, a nawet aby Sojusz wycofał się z Europy Wschodniej.

Jednocześnie jednak maksymalistyczne żądania Putina nie mają sensu, ponieważ rosyjski przywódca wie, że Zachód nigdy się na nie nie zgodzi – równie dobrze NATO mogłoby samo się rozwiązać.

Dla mnie pytanie brzmi, czy Putin, naruszając dyscyplinę taktyczną, przypadkowo naruszył również swoją dominację eskalacyjną. W końcu prezydent Rosji może dominować tak długo, jak długo to on będzie decydował, czy wspiąć się, czy zejść na szczeblach drabiny eskalacyjnej.

„Koszt publiczności”

Trzymając się koncepcji zwanej „kosztami publiczności” (audience cost), Putin mógł stracić już wolność wyboru. Ową publicznością, o którą dba Władimir Putin, jest populacja Rosjan w kraju. Nawet jeśli Rosjanie nie mogą swobodnie wybierać swojego przywódcy, to muszą się bo bać i szanować na tyle, aby mógł utrzymywać władzę w nieskończoność.

A teraz wyobraźmy sobie, że Putin po prostu porzuca swoje żądania zamrożenia i zmniejszenia NATO, a potem wycofuje rosyjskie siły z granicy z Ukrainą. Oczywiście Zachód dałby mu coś, czym mógłby się pochwalić – jakieś porozumienie, że obie strony nie będą wykonywały manewrów w określonej przestrzeni geograficznej lub coś w tym rodzaju. Ale jak Putin wyjaśniłby Rosjanom tak duże wycofanie i zejście na szczeblach drabiny eskalacyjnej? Wyglądałby jak przegrany – a to jest coś, na co nie może sobie pozwolić.

„Zależność od ścieżki”

Zatem istnieje realne ryzyko, że Putin wpadł w pułapkę „zależności od ścieżki” (path dependence). Koncepcja ta pierwotnie nie miała nic wspólnego ze stosunkami międzynarodowymi. Opisuje ona sytuacje, w których nasze decyzje są ograniczone przez inne decyzje, jakie podjęliśmy w przeszłości. Na przykład mamy klawiatury QWERTY (lub standardy oprogramowania, rozstaw torów, systemy dobrobytu lub inne) nie dlatego, że rozwiązania te są najlepsze dla naszych współczesnych warunków, ale dlatego, że ich konsekwencje doprowadziły do określonych zależności.

Moja obawa zatem dotyczy tego, że Putin w swoich aktach agresji – od cyberataków po kampanie dezinformacyjne i inne – zaszedł już na tyle daleko, że stał się od tej ścieżki zależny. W czasie pierwszych rund eskalacji, Putin mógł zachowywać dominację. Teraz jednak może czuć – ze względu na to, co zrobił wcześniej – że może już nie mieć innych opcji, jak tylko pójść na wojnę.