Epidemia Covid-19 to swoisty probierz przywództwa. Część osób oblała ten test – choćby prezydenci Brazylii, Rosji i USA. Inni z kolei poradzili sobie bardzo dobrze – szczególnie liderzy Nowej Zelandii, Danii i Tajwanu. Tak się składa, że w przypadku tych ostatnich krajów wszyscy przywódcy to kobiety, którym udało się kontrolować rozprzestrzenianie się koronawirusa, przy jednoczesnym zachowaniu spójności społecznej.

Mamy też niemiecką kanclerz Angelę Merkel, która z pandemią radzi sobie stosunkowo dobrze. Gdy w 2020 roku rozpoczynała 15-sty rok urzędowania, wyglądała na zmęczoną. Rezygnując z piątej kadencji oraz przywództwa w partii, w praktyce stała się polityczną emerytką. Epidemia Covid-19 zmieniła jednak wszystko. Dzięki niej doszło do odrodzenia się Angeli Merkel jako przywódczyni.

Jako wyszkolony chemik, zarządzała krajem w czasie epidemii jak prawdziwy naukowiec, stosując przy tym pragmatyczne polityki opierające się na wiedzy epidemiologów. W sondażach ponownie stała się popularnym politykiem, z poparciem sięgającym 71 proc.

Ale wraz ze zbliżaniem się do końca kadencji, jej dziedzictwo pozostawało wątpliwe. Oprócz radzenia sobie z epidemią koronawirusa, dokonania niemieckiej kanclerz w polityce wewnętrznej są umiarkowane. Nie udało jej się przeprowadzić poważnej reformy gospodarczej, o której warto byłoby mówić. W polityce europejskiej jej decyzje często prowadziły do podziałów. W czasie kryzysu uchodźczego w 2015 roku, zszokowała swoich europejskich partnerów jednostronną decyzją o otwarciu niemieckich granic dla imigrantów przez kilka miesięcy. Wcześniej, w czasie kryzysu strefy euro, doprowadziła do wyalienowania Greków oraz innych narodów Południa, zmuszając je do polityki fiskalnych oszczędności.

W Europie zgadzano się co do tego, że Angela Merkel, która połowę życia spędziła w komunistycznych Niemczech, miała dość rozumowy, a nie emocjonalny stosunek do integracji i tożsamości europejskiej. Uważano, że robi wystarczająco dużo, aby w czasie kryzysów nie dopuścić do rozpadu Unii, ale jednocześnie nigdy wystarczająco dużo, aby pchnąć Unię Europejską do przodu, o co błagał ją francuski prezydent Emmanuel Macron.

Reklama

Niespodziewanie jednak zmieniła to epidemia koronawirusa. We wczesnej fazie epidemii, gdy państwa członkowskie zamknęły granice, zaczęły gromadzić sprzęt medyczny i zawiesiły wspólny rynek, do Angeli Merkel dotarło, że może się spełnić scenariusz, w którym Unia Europejska staje się nieważna lub nawet ulega rozpadowi. I niemiecka kanclerz poczuła lęk.

W efekcie Merkel i Macron ponownie uruchomili tradycyjny francusko-niemiecki silnik, który zasila Unię Europejską. Zaproponowali warty 500 mld euro fundusz, z którego będą wypłacane granty mające wspomóc państwa UE najbardziej dotknięte pandemią. Inny europejski przywódca – Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej (KE), uzupełniła tę kwotę dodatkowymi 250 mld euro kredytów.

Największą jednak niespodzianką była zgoda Angeli Merkel na to, aby fundusz ten finansować przy pomocy wyemitowanych przez KE obligacji. Wyglądało to na mały krok w kierunku uwspólnotowienia długów i unii transferowej, której niemiecka kanclerz zawsze się sprzeciwiała.

Mogłoby to oznaczać bardziej federalną UE w przyszłości, z europejskimi podatkami. Wymagałoby zmiany traktatów i spadłoby na następców Angeli Merkel. Niemniej zmiana stanowiska niemieckiej kanclerz jest zjawiskowa.

Taki rozwój wydarzeń zapewniłby Angeli Merkel dziedzictwo, którego teraz jej brakuje. Oczywiście zakładając wdrożenie tego planu w życie, ale teraz wszystko zależy od niej. W środę Niemcy przejęły rotacyjną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Przez pół roku największe państwo Unii formalnie będzie pełnić rolę, której unikało, czyli lidera Europy.

Europejski fundusz covidowy pochłonie wiele uwagi i wysiłku Angeli Merkel. Uzyskanie akceptacji wszystkich 27 krajów na szczycie UE 17 lipca będzie zwyczajnie trudne. Niemiecka kanclerz chce też wypracować porozumienie w sprawie budżetu UE na kolejne 7 lat. Merkel chce również ustabilizować stosunki z Chinami, które są coraz gorsze, chce zwiększyć aktywność w Afryce i dynamicznie rozpocząć europejski „Green Deal” i cyfrową transformację, dzięki czemu Europa stanie się bardziej wiarygodna w niebezpiecznym świecie.

To dużo jak na jednego lidera. Jak więc Merkel chce to osiągnąć? Zanim Ursula von der Leyen została szefową Komisji Europejskiej, niemiecką sztukę przywództwa nazywała „zarządzaniem ze środka”. Szydziłem wówczas z tego określenia, przeciwstawiając je realnemu przywództwu, czyli takiemu, które jest sprawowane przez kogoś, kto jest nie w środku, ale na czele i za kim inni chcą podążać.

Ale w tym niezwykłym w historii świata roku mam inne przemyślenia. Tym, co umożliwiało Angeli Merkel trwanie przy władzy przez wszystkie lata, była jej empatia. Niemiecka kanclerz ma talent do wyczuwania tego, co motywuje innych i utrzymuje ich przy stole rozmów. Potrafi to robić przy pomocy wszystkich dostępnych narzędzi, od twardej logiki po subtelną mowę ciała.

W określonych kontekstach zarządzanie i przewodzenie ze środka może być najwyższą formą politycznej sztuki, praktykowanej też m.in. przez Jacindę Ardern z Nowej Zelandii, Matte Frederiksen z Danii czy Tai Ing-Wen z Tajwanu. Jeśli w nadchodzących miesiącach Angela Merkel utrzyma jedność Europy, to będzie to jej duże osiągnięcie i dziedzictwo.