Trwający do piątku szczyt Rady Europejskiej może być jednym z najważniejszych unijnych wydarzeń ostatnich lat. Po odejściu Wielkiej Brytanii Wspólnota wejdzie w nową dekadę z największym budżetem w swojej historii. Biorąc pod uwagę, jaka jest stawka, polityczne harce i tarcia nie powinny zaskakiwać.
Kiedy zamykaliśmy to wydanie, przywódcy dopiero rozpoczynali rozmowy w Brukseli, ale wyczekiwany od tygodni przełom już nastąpił i do dogrania pozostały detale. Pod wieloma względami kryzys ostatnich tygodni był inny niż poprzednie: zawetowaniem budżetu grozili jego najwięksi beneficjenci, a pozostałe państwa członkowskie szykowały się na obejście ich sprzeciwu. Stawiało to pod znakiem zapytania kwestię jedności Unii.
Reklama
Wychodzenie z kryzysu przebiegało jednak zgodnie z najlepszymi europejskimi zwyczajami.

Nie ma pokonanych

Tradycyjnie porozumienie dopięto w ostatniej chwili podczas kuluarowych uzgodnień – tym razem na linii Berlin–Warszawa–Budapeszt. Według europejskich zwyczajów nie obyło się też bez rozdzierania szat i trzaskania drzwiami, by potem je po cichu otworzyć i z powrotem usiąść przy stole. Również rozwiązanie, które wypracowano, to charakterystyczny dla poprzednich szczytów dyplomatyczny i prawny majstersztyk. Stworzono bowiem piętrową konstrukcję, która obu stronom sporu może pozwolić – przy odrobinie politycznej woli – ogłosić negocjacyjny sukces. Mark Rutte, premier Holandii, która przewodzi grupie państw domagających się powiązania europejskich funduszy z praworządnością, będzie mógł wrócić do Hagi i obwieścić, że dzięki jego wysiłkom w europejskim prawie został ustanowiony mechanizm umożliwiający odbieranie pieniędzy krajom, które nie szanują unijnych wartości. Ale Polska i Węgry, które żądały zmiany rozporządzenia w tej sprawie, też będą mogły ogłosić, że dostały to, co chciały, bez korekty regulacji. Polscy politycy wzywający do weta ostrzegali premiera Mateusza Morawieckiego, że gwarancje wpisane w konkluzje szczytu są nic nie warte, bo nie są traktowane jako źródło prawa. Dlatego minister spraw europejskich Konrad Szymański zaproponował dodatkowy bezpiecznik. Ma nim być protokół przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, w którym zobowiąże się do interpretowania przepisów rozporządzenia zgodnie z konkluzjami szczytu. Jak przekonuje polski rząd, Bruksela nie zablokuje wypłaty funduszy, jeśli będzie mieć zastrzeżenia do reform ustrojowych w krajach członkowskich. Będzie to możliwe tylko w przypadku stwierdzenia nadużyć w wydawaniu pieniędzy UE. To KE ma w przyszłości uruchamiać całą procedurę, ale nie nastąpi to wcześniej niż za dwa, trzy lata. Polsce i Węgrom udało się odroczyć wejście w życie rozporządzenia do czasu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Ale unijne szczyty już nie raz pokazywały, że detal ma znaczenie. I to właśnie o konkretne sformułowania zawarte w konkluzjach może trwać dalsza batalia. Przed rozpoczęciem szczytu Mark Rutte domagał się od Ursuli von der Leyen deklaracji, że kiedy wreszcie rozporządzenie zacznie obowiązywać, to Komisja Europejska zastosuje je wobec naruszeń praworządności, do których doszło przed wejściem w życie regulacji.
Treść całego artykułu można przeczytać w weekendowym Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP.