Amerykańskie elity wciąż tkwią w logice, która nastała po atakach na WTC

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
11 września 2021, 12:52
World Trade Center, atak terrorystyczny
<p>World Trade Center, atak terrorystyczny</p>/ShutterStock
Niezależnie od stosowanej retoryki kolejni amerykańscy prezydenci – i tamtejsza elita polityczna – tkwią w logice, która zapanowała po atakach na WTC

Gdy ratownicy wydobywali spod gruzów World Trade Center szczątki kolejnych ofiar, 14 września 2001 r., kalifornijska kongresmenka Barbara Lee po raz pierwszy usłyszała, że jest zdrajczynią narodu. Członkowie Senatu i Izby Reprezentantów zebrali się tego dnia na Kapitolu, by zagłosować nad wspólną rezolucją, która pozwalałaby na zniszczenie komórek Al-Kaidy w Afganistanie i ukaranie talibów za udzielenie terrorystom schronienia: Authorization for Use of Military Force (AUMF). Projekt, sprokurowany przez prawników Białego Domu w niespełna 48 godzin, składał się z zaledwie 60 słów. Upoważniał on prezydenta do „użycia koniecznej i odpowiedniej siły przeciwko narodom, organizacjom i osobom” w jakikolwiek sposób powiązanym z atakami z 11 września – tym, którzy je zorganizowali i przeprowadzili, ale również tym, którzy kryli terrorystów. Mętny, niedookreślony język rezolucji odzwierciedlał gorączkową i instynktowną potrzebę odwetu. Dokument nie precyzował, jak długo szef administracji może korzystać ze swoich rozległych kompetencji w walce z terroryzmem, nie wytyczał też jej granic geograficznych. Ani doktryna, ani orzecznictwo nie wyjaśniały, jakie środki są „konieczne” i „odpowiednie” w wojnie z amorficznym, przyczajonym wrogiem. Czy dżihadyści powinni odpowiadać za swoje zbrodnie przed amerykańskimi sądami? Czy przysługują im konstytucyjne gwarancje rzetelnego procesu? Czy na potrzeby walki z terroryzmem służby USA mają prawo stosować szeroko zakrojoną inwigilację? W jakim stopniu decyzje głowy państwa podlegają kontroli sądowej? W którym momencie wojnę z terrorem będzie można uznać za zakończoną?

Prowadzenie działań militarnych w coraz mniejszym stopniu wymaga fizycznej obecności na terytorium wroga. Dzięki nowoczesnym technologiom rozróżnienie między wojną a pokojem uległo zatarciu

Nawet jeśli takie pytania gnębiły członków Kongresu, to atmosfera narodowej traumy i patriotycznego wzmożenia kazała im milczeć. W Senacie rezolucja dająca prezydentowi George’owi W. Bushowi wolną rękę w wyborze celów ataków przeszła stosunkiem 98 : 0 , a w Izbie Reprezentantów 420 : 1. Ten jeden głos przeciwko należał do 55-letniej Barbary Lee, członkini progresywnego skrzydła Partii Demokratycznej, reprezentującej m.in. akademickie miasteczko Berkeley, które w latach 60. było kolebką protestów antywojennych.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj