Wojna w Ukrainie staje się coraz bardziej niebezpieczna, po części dlatego, że jej przebieg jest lepszy dla Ukrainy niż wiele osób wspierających Kijów mogłoby sobie wyobrazić. Prezydent USA Joe Biden starał się pogodzić dwa sprzeczne cele: z jednej strony chciał uniknąć amerykańskiej interwencji wojskowej, a z drugiej pomóc Ukrainie i sprawić, że Moskwa zapłaci wysoką cenę za swoją agresję.

Teraz jednak, gdy prezydent Władimir Putin staje się coraz bardziej zdesperowany, utrzymanie takiej równowagi będzie trudniejsze do osiągnięcia. Potencjalnie bowiem, im gorzej będzie szło Rosji, z tym większym ryzykiem może przyjść się mierzyć Stanom Zjednoczonym oraz ich sojusznikom.

Reklama

Putin, a także większość obserwatorów, oczekiwali, że rosyjskie siły szybko przełamią ukraiński opór. Ale w efekcie połączenia rosyjskiej niekompetencji i pomysłowej obrony Ukraińców, powstał poważny pat.

Moskwa posiada fragmenty ukraińskiego terytorium. Jej wczesne postępy na południu kraju były imponujące. Istnieje ryzyko, że Rosja może odciąć ukraińskie siły na wschodzie, okrążyć dokonać oblężenia Kijowa lub zająć Mariupol i Odessę na południowym wybrzeżu. Moskwa bowiem wciąż dysponuje przeważająca siłą bojową.

Ale zachodnie pieniądze i uzbrojenie wzmacniają wytrzymałość Ukrainy, a ukraińskie siły rozbijają rosyjskie jednostki i atakują wrażliwe linie zaopatrzeniowe wroga. Straty po stronie Moskwy rosną i Putin mierzy się obecnie z taką możliwością, że wojna może zniszczyć jego armię szybciej, niż Rosja zniszczy Ukrainę.

Taki efekt inwazji Rosji na Ukrainę byłby niezwykły, a jednocześnie, jak na ironię, może też stworzyć poważniejsze dylematy dla USA.

Podejście Bidena do Ukrainy było proste: ukarał Rosję, jednocześnie konsekwentnie odmawiając udziału w walkach. Waszyngton i jego sojusznicy uderzyli w Moskwę daleko idącymi i mocnymi sankcjami oraz przekazali Ukrainie broń przeciwpancerną, amunicję oraz inne narzędzia do wykrwawiania najeźdźcy.

W środę Joe Biden zapowiedział, że USA prześlą Ukrainie 800 mln dol. pomocy wojskowej, w tym najnowocześniejsze drony wybuchowe oraz pomogą Kijowowi pozyskać więcej systemów śmiercionośnej broni przeciwlotniczej.

Joe Biden wykluczył stworzenie „no-fly zone” nad Ukrainą (większość ekspertów ds. obronności ocenia, że byłoby to nieefektywne, ponieważ nie wpłynęłoby na rosyjskie siły lądowe i artylerię, które wyrządzają najwięcej szkód), nie mówiąc już o bardziej znaczących formach bezpośredniej interwencji militarnej USA. Biden zablokował transfer polskich myśliwców na Ukrainę, aby nie prowokować Moskwy.

„Będziemy bronić każdego centymetra terytorium NATO” – napisał na Twitterze Joe Biden, ale „nie będziemy brać udziału w wojnie przeciw Rosji na Ukrainie”, ponieważ oznaczałoby to „III wojnę światową”. Instynkt Bidena jest tutaj rozsądny, ale mogą nas czekać poważne zagrożenia, które mogą wymusić przemyślenie polityki USA w tym zakresie.

Jakie jeszcze możliwości ma Putin?

W sytuacji, gdy Putin obawia się, co poważny pat albo klęska może oznaczać dla jego politycznego przetrwania, rosyjski przywódca może uciec się do dramatycznej, brutalnej taktyki licząc na to, że złamie wolę Ukraińców. Rosyjska doktryna podkreśla strategię „eskalacji w celu deeskalacji” przy użyciu ograniczonych uderzeń jądrowych, które miałyby pozwolić Moskwie uniknąć porażki na polu walki konwencjonalnej. Nawet jeśli Putin zrezygnuje z tej opcji, to wciąż ma do dyspozycji kilka przerażających możliwości.

Rosja mogłaby bowiem wykorzystać broń chemiczną na Ukrainie lub mogłaby doprowadzić do eskalacji bombardowań głównych miast, co miałoby ogromne konsekwencje humanitarne. Ten ostatni scenariusz już jest realizowany w takich miastach, jak Mariupol czy Charków, zaś ataki chemiczne są ponoć rozważane przez Moskwę.

Rosja mogłaby również zintensyfikować ataki w pobliżu granic NATO w zachodniej Ukrainie lub zagrozić militarnie sąsiadującym krajom Sojuszu, aby przerwać linię pomocy dla Kijowa. Putin zasygnalizował tę taktykę, uderzając pociskami manewrującymi w bazę wojskową w pobliżu granic Polski, która była wcześniej wykorzystywana przez wojska USA, a teraz jest wykorzystywana przez zagranicznych najemników chcących pomóc Ukrainie.

Zastosowanie każdej z tych opcji może spodobać się dyktatorowi, który chce wygrać walkę, a który jednocześnie – jak ujęła do dyrektorka Wywiadu Narodowego USA Avril Haines – „nie może sobie pozwolić, aby przegrać”. Gdyby doszło do wykorzystania tych opcji, wówczas pojawiłyby się coraz głośniejsze wezwania do interwencji Zachodu.

Jak powinien zareagować Zachód?

Stany Zjednoczone prawdopodobnie musiałby zrewidować swoje stanowisko nawet wtedy, gdyby Rosjanie nie doprowadzili do celowej eskalacji. Załóżmy, że wojenny pat rozciąga się na całe miesiące, a może i lata, co skutkuje straszliwym rozlewem krwi w Ukrainie, a także prowadzi do niestabilności i niebezpieczeństwa poza granicami Ukrainy. Załóżmy, że wystraszone i sfrustrowane siły rosyjskiej odpowiadają na ukraiński opór morderstwami ludności cywilnej.

W latach 90. XX wieku zachodnie demokracje ostatecznie doprowadziły do interwencji w byłej Jugosławii, aby zakończyć konflikt, który miał podobne konsekwencje. Dziś, jak pisze emerytowany australijski generał Mick Ryan, „może być potrzeba interwencji militarnej” w Ukrainie, „jeśli Zachód nie chce mieć wiecznej wojny na progu Europy”.

Aby było jasne: nikt przy zdrowych zmysłach nie chce wojny USA z Rosją. Jakiekolwiek starcie pomiędzy dwiema największymi potęgami jądrowymi na świecie wiązałoby się z bezprecedensowym ryzykiem. Jednak niebezpieczeństwo, że sytuacja w Ukrainie nie potoczy się pożądanymi przez USA ścieżkami, ma dwie konsekwencje dla polityki USA.

Po pierwsze, administracja Bidena musi rozważyć, czy istnieją takie formy rosyjskiej eskalacji na Ukrainie, które mogą spowodować wojskową reakcję Zachodu. To nie jest szalone pytanie: jeśli Putinowi udałoby się zastosować taktyczną broń jądrową na Ukrainie, aby uciec w ten sposób od klęski w wojnie konwencjonalnej, to Moskwa wysłałaby straszliwą wiadomość do potencjalnych agresorów i chętnych pozyskać broń jądrową na świecie. Dlatego rząd USA powinien rozważyć, jak może odpowiedzieć, gdyby Putin posunął się do ekstremum.

Po drugie, Joe Biden powinien przestać sygnalizować, że bez względu na okoliczności, Waszyngton nie podejmie interwencji militarnej. Jeśli USA sprawią, że Putin będzie myślał, iż może działać bezkarnie w Ukrainie, to zachęci to rosyjskiego dyktatora do grania na ryzyku, które spowoduje jeszcze gorętszą debatę w Ameryce o potencjalnym zaangażowaniu.

Joe Biden ma rację w tym, że konflikt USA z Rosją byłby straszny. Ale nie mniejszym niż wcześniej zasygnalizowane paradoksem tej wojny jest to, że całkowite wykluczenie możliwości amerykańskiej interwencji militarnej w Ukrainie może prowadzić do takiego rodzaju eskalacji ze strony Rosjan, którego prezydent USA chce słusznie uniknąć.