Na szczęście nie grożą nam takie zamieszki, jak w Meksyku, gdzie w krótkim czasie cena paliwa podskoczyła o 20 proc. Krzysztof Pado, analityk BDM, tłumaczy to osłabieniem peso do dolara. – Jeśli w maju amerykańska waluta kosztowała ok. 18 pesos, dziś trzeba za nią płacić ok. 22 pesos – podkreśla. Waluta traciła po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA i jego zapowiedziach zmian w polityce wobec Meksyku.

Polscy kierowcy też odczuli wzrost cen. W styczniu ubiegłego roku za litr benzyny płaciliśmy ok. 4,14 zł (obecnie 4,73 zł), a za olej napędowy ok. 3,99 zł (4,64). A wszystko wskazuje na dalsze umocnienie dolara wobec złotego – a więc dalszy wzrost cen.

Jak zaznacza Łukasz Prokopiuk, analityk DM BOŚ, jeśli kurs amerykańskiej waluty z 4 zł urośnie do 4,20 zł, to różnica przy tankowaniu wyniesie ok. 0,25 gr na litrze. Do ceny końcowej dochodzą inne czynniki, m.in. marże, podatki stałe i zmienne. – Stanowią ok. 50 proc. ceny detalicznej benzyny na stacjach – tłumaczy Pado.

Polityka eksporterów ropy naftowej też będzie sprzyjać wzrostowi cen. Na poprzednim szczycie OPEC podjęto decyzję o ograniczeniu wydobycia, co przełożyło się na wzrost notowań surowca. Pierwsze w tym roku spotkanie członków OPEC i przedstawicieli niezrzeszonych odbędzie się 21–22 stycznia. Można się spodziewać, że zdecydują o utrzymaniu cen lub ich dalszym wzroście.

Długi okres niskich notowań mocno uderzył w gospodarki surowcowych potentatów. Nawet takie kraje jak Wenezuela czy Arabia Saudyjska, które dysponują ogromnymi zasobami ropy, ograniczają subwencjonowanie paliw i podnoszą ich ceny. Rząd Wenezueli nie daje już paliwa za darmo (a tak było przez wiele lat), a Saudyjczycy szukają innych możliwości rozwoju gospodarczego, by nie opierać się wyłącznie na produkcji ropy. ⒸⓅ