Dr hab. Arkadiusz Radwan z Instytutu Allerhanda w Krakowie to lider jednego z trzech zespołów, które pracowały nad założeniami nowej ustawy o szkolnictwie wyższym. Zespoły te pod koniec stycznia przedstawiły swoje projekty Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na podstawie tych rozwiązań resort nauki ma przygotować projekt ustawy; zaprezentuje go we wrześniu podczas Narodowego Kongresu Nauki w Krakowie.

Jakie są najważniejsze cele proponowanej przez państwa reformy?

Chcemy, żeby uczelnie miały motywację, aby konkurować o talenty. Żeby im się chciało ściągać do siebie najlepszych ludzi. A jest wiele mierników, które wskazują, że dziś nie jest to powszechne: wystarczy spojrzeć np. na niską mobilność naukowców czy niski współczynnik umiędzynarodowienia. Tymczasem to na rynkach konkurencyjnych dochodzi do mobilności, do walki o talenty.

Co państwo proponują, jeśli chodzi o karierę naukową?

Chcemy skrócić czas dojścia do samodzielności naukowej. W Polsce jest ona uzyskiwana z habilitacją - średnio w wieku 46 lat. A my chcemy, by badacze uzyskiwali samodzielność naukową w wieku 30-35 lat. Musimy radykalnie poprawić pozycję młodych naukowców w tym wieku - zapewnić im więcej samodzielności i lepsze warunki materialne. Ale co za coś. Z poprawą losu powinna się wiązać powinna mniejsza stabilność zatrudnienia. A to się wiąże z konkurowaniem o miejsca na uczelniach.

Jak to będzie wyglądać, począwszy od doktoratu?

Studiów doktoranckich w ogóle nie będzie. Ten model się nie sprawdził. Teraz doktoranci chodzą na zajęcia jak do szkółki i nie ma między nimi interakcji naukowych. Poza tym mamy nadreprezentację doktorantów na kierunkach społecznych i humanistycznych.

Zakładamy, że będą dwie drogi dojścia do stopnia doktora. Pierwszą z nich będą kolegia doktoranckie. Uczelnia lub konsorcjum przygotowuje program badań w jakimś obszarze i składa wniosek do odpowiedniej agencji finansującej. Jeśli dostanie grant - powstaje kolegium doktoranckie, z finansowaniem na minimum 6 lat. Kolegium organizuje następnie otwarty konkurs dla doktorantów. Powstanie grupa młodych badaczy (10-15), pracujących w tej samej tematyce, których tematy badań się zazębiają. Będą działającą wspólnotą badawczą. Szanse na uzyskanie finansowania zyskają projekty przewidujące udział zagranicznych mentorów i zagranicznych doktorantów.

Drugą ścieżką dojścia do doktoratu będzie zupełnie nowa ścieżka asystencka. Pieniądze na zatrudnienie asystentów będą w najlepszych, tworzonych oddolnie jednostkach na uczelniach (katedrach, centrach czy instytutach). Słabsze jednostki nie będą miały środków na asystentów, albo będą miały ich mniej. Dzięki temu "reprodukcja" kadry będzie się dokonywała w najlepszych, najpłodniejszych intelektualnie środowiskach naukowych. Po 6-8 latach asystentury badacz robiłby doktorat i stawałby się samodzielnym naukowcem.

Stopień doktora oznaczałby coś innego, niż teraz.

Tak. W naszym modelu to byłby jedyny stopień naukowy. Nie byłoby ani habilitacji, ani tytułu naukowego profesora. Profesor byłby bowiem nazwą stanowiska - może ewentualnie tytuł ten przysługiwałby też profesorom emerytowanym. Dlatego w tym systemie stopień doktora to byłoby coś porównywalnego do dzisiejszej habilitacji, a w najlepszych ośrodkach poziom doktoratów byłby wyższy, niż średni poziom obecnej habilitacji. Ale doktor po uzyskaniu tego stopnia nie może być zatrudniony na własnej uczelni. Musi wygrać konkurs gdzieś indziej.

Nie boi się pan, że naukowcy z Polski pouciekają? Gdzie ma szukać pracy ktoś, kto się specjalizuje w wąskiej dziedzinie nauki, która jest wykładana w jednym miejscu w kraju?

Według nas to rozwiązanie - mobilność doktorów - jest potrzebne, bo etos akademicki nie doprowadził do wykształcenia się właściwych standardów rekrutacyjnych. Dopóki nie będzie to normą środowiskową, musimy go zastąpić normą prawną. W naszym projekcie jest jednak wentyl bezpieczeństwa. Jeśli w konkursie zgłosi się zbyt mało kandydatów, konkurs może pozostać nierozstrzygnięty, a w kolejnym mogą startować wychowankowie danej uczelni.

Trudno będzie wprowadzić to rozwiązanie. Z przeprowadzonych przez państwa konsultacji społecznych wynika, że 79 proc. badanych nie chce zakazu zatrudnienia doktora na uczelni, gdzie zdobył swój stopień naukowy.

Rozumiem, że te osoby czują pewną obawę, nie należy jej ignorować. Ale musimy stanąć w szranki w walce o najlepszych, bo to oni popychają naukę do przodu.

Proponują państwo, żeby to uczelnia była gwarantem jakości stopnia doktora, a nie - tak jak teraz - państwo.

W idealnym świecie gwarantem jakości powinno być logo uczelni, a nie orzełek państwowy. My jednak proponujemy model zrównoważony, w którym uczelnia może nadawać stopień doktora, ale tylko w tych dziedzinach, w których posiada wysoką kategorię naukową. Według naszych propozycji doktorat byłby nadawany przez uczelnię w dziedzinie, a nie w dyscyplinie wiedzy. Chcielibyśmy też, by uczelnie tak ustalały swoje struktury, żeby pokrywało się to z dziedzinami wiedzy. Wydziałów jest dziś na uczelniach za dużo.

 Którą z proponowanych zmian uważa Pan za najważniejszą?

Obecnie uczelnie są za bardzo zorientowane do wewnątrz i ku przeszłości. My chcemy je przeorientować na zewnątrz i ku przyszłości. Proponujemy daleko idące zmiany w zakresie ustroju uczelni. Obecnie uczelnie same wybierają swoje władze. Przewagę mają starsi pracownicy uczelni, i to oni - ze swojego grona - wybierają rektora. Chcemy, żeby głównym ciałem stanowiącym i wyborczym była rada powiernicza, złożona z przedstawicieli uczelni i szerokiego otoczenia społeczno-gospodarczego. To rozhermetyzuje uczelnie - sprawi, że przewagę straci tam czynnik zachowawczy.

Chcemy też, żeby konkurencja na rynku akademickim dotyczyła nie tylko środków na granty, ale i finansowania strumieniowego, czyli etatów. Sposobem są uczciwe, otwarte i przejrzyste procedury konkursowe na stanowiska pracy na uczelniach.

A co z autonomią uczelni? Czy obecnie - państwa zdaniem - jest ona za duża, czy za mała?

Ona jest nie tam, gdzie być powinna. Chcemy, by autonomia oznaczała autonomię uczonych, a nie korporacji, jaką jest uczelnia czy wydział. Dlatego chcemy stworzyć szersze możliwości, pozwalające naukowcom oddolnie się samoorganizować i w większym stopniu niż dziś decydować, z kim będą prowadzić badania. Proponujemy, by badacze mogli razem tworzyć nowe katedry, centra, instytuty - wystarczy, że o zamiarze powiadomią władze uczelni. To zwiększy na uczelniach ferment, a naukowcy będą szybciej reagowali na nowe trendy i potrzeby cywilizacyjne. Do tych najlepszych oddolnie tworzonych jednostek trafiałyby środki na badania. I - o czym mówiłem już wcześniej - na zatrudnianie asystentów.

 Jeśli chodzi o zadania uczelni publicznych, co jest ważniejsze: dydaktyka czy badania?

Żadna z tych kwestii nie jest ważniejsza. Nie da się zaoferować dobrej dydaktyki, jeśli nie prowadzi się badań, może z wyjątkiem profilu kształcenia zawodowego. Ale chcemy umożliwić uczelniom inną możliwość kształtowana oferty dydaktycznej. Tradycyjnymi zajęciami na uczelni są wykłady prowadzone przez samodzielnych pracowników naukowych i ćwiczenia prowadzone zazwyczaj przez asystentów bądź adiunktów. Niestety - jak się okazuje, faktyczną misją uczelni jest to, by dać swoim pracownikom możliwość wyrobienia pensum.

Chcemy to zmienić. Na jednego pracownika naukowego powinno być mniej godzin dydaktycznych. A poza tym potrzeba bardziej nowoczesnych formuł - zajęć prowadzonych przez kilku wykładowców, form seminaryjnych czy zajęć wykorzystujących możliwości, jakie dają masowe otwarte kursy online (MOOC). Studenci powinni pracować bardziej samodzielnie, w mniejszych grupach. Aby to się stało, ci, którzy prowadzą badania na światowym poziomie, muszą być bardziej zintegrowani z praktykami. A to będzie wymagało zrewidowania ścieżek kariery – obok naukowej, musi powstać atrakcyjna ścieżka dydaktyczna.

Kto zyska na zmianach, które państwo proponują?

 Zyskają studenci, bo będą mieli lepszy program edukacyjny. Zyskają też na pewno młodzi pracownicy naukowi, którzy nie boją się wyzwań. Zyska również polska diaspora naukowa - Polaków pracujących za granicą jest bardzo wielu. Ta reforma umożliwi im powrót. No i zyskają ci, którzy czują się częścią globalnej wspólnoty naukowej.

A kto na tych zmianach straci?

 Pewnie ci, którym się nie chce pracować.

Rozmawiała Ludwika Tomala