Wygląda na to, że kolejny kraj Europy Środkowo-Wschodniej doczeka się antyimigracyjnego, eurosceptycznego rządu. Chodzi o Czechy, gdzie notowania partii ANO, której przewodniczy miliarder Andrej Babisz, wskazują na dużą przewagę tego ugrupowania nad konkurentami przed październikowymi wyborami parlamentarnymi (>>> Czytaj więcej o Andreju Babiszu). Gdyby potwierdziły się przedwyborcze sondaże, to Czechy dołączą do Polski, Węgier i Słowacji. Jeśli brzmi to złowieszczo, to jest jeszcze jeden punkt oporu przeciw ekstremizmowi – zachodnioeuropejski kapitał.

W istocie, zachodnie inwestycje odgrywają tak dużą rolę w gospodarkach tych wszystkich krajów, że ich nacjonalistyczni przywódcy jawią się bardziej jako zarządcy kolonii, a nie prawdziwi partnerzy w wielkim projekcie integracyjnym.

W swoim ostatnim badaniu Filip Novokmet, Thomas Piketty oraz Gabriel Zucman barwnie nazywają państwa Europy Środkowo-Wschodniej „państwami, które są w posiadaniu zagranicy” (foreign-owned countries).

„Ich właściciele zdają się pochodzić z państw UE (w szczególności z Niemiec)” – czytamy. „Zatem w pewnym sensie sytuacja nie różni się bardzo od tej, w której peryferie są własnością bardziej rozwiniętych regionów centralnych w ramach dużego państwa federalnego” – piszą dalej badacze. Dla Piketty’ego oraz jego współpracowników oznacza to pewien kłopot, gdyż taka sytuacja zaburza pomiar nierówności: duża część bogactwa i zysków z tych krajów wędruje do zagranicznych właścicieli, którzy nie należą do lokalnego „1%” najbogatszych. Tak więc kraje Europy Środkowo-Wschodniej wydają się być bardziej egalitarne niż w rzeczywistości są.

Ale ma to również szersze konsekwencje.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają najwyższy negatywny poziom inwestycji netto w UE w relacji do ich PKB. Nie uwzględniając przy tym Irlandii, Grecji, Cypru, Portugalii i Hiszpanii, gdyż wszystkie te kraje otrzymały w ostatnich latach pomoc finansową w czasie kryzysu gospodarczego, co zaburza bilans.

Ale w przeciwieństwie do krajów PIGS (Portugalia, Irlandia, Grecja i Hiszpania), państwa Europy Środkowo-Wschodniej znalazły się w takiej sytuacji w wyniku wieloletniej polityki przyciągania inwestycji zagranicznych w znacznie większym stopniu niż samodzielnego inwestowania na zewnątrz. W efekcie poziom inwestycji zagranicznych w tych państwach jest dziś wyższy niż wynosi średnia dla krajów rozwiniętych.

Tak duże poziomy zagranicznych inwestycji przez lata były powodem do dumy. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej pokazywały swoją otwartość i chęć integracji z bogatszą, zachodnią częścią Kontynentu. Ale gdy Unia Europejska zaczęła doświadczać poważnych problemów gospodarczych, państwa te zdały sobie sprawę, że „bycie w posiadaniu zagranicy” ma także swoją cenę.

Lokalne firmy z Polski, Czech, Węgier i Słowacji zobaczyły, że w czasie kryzysu finansowego zagraniczne banki jako pierwsze zaczęły zmniejszać akcję kredytową. Także w innych sektorach duża obecność zagranicznego kapitału oznacza zagrożenie wzrostem bezrobocia – jeśli dany kraj nagle stałby się mniej otwarty na zagraniczne inwestycje.

W Polsce i w Czechach aż jedna trzecia pracowników jest zatrudniana przez kapitał zagraniczny. Dodatkowo firmy te należą do największych i najważniejszych gospodarczo przedsiębiorstw w tych krajach. W Polsce odpowiadają za 2/3 całego eksportu, a w Czechach za 42 proc. całej wartości dodanej w gospodarce. Utrata nawet kilku z tych firm może spowodować bolesne odwrócenie gospodarczych trendów. Andrej Babisz, czeski miliarder, biznesmen i były minister finansów, rozumie to dobrze.

Niemcy, Holandia i Francja to najwięksi inwestorzy w gospodarki krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Korzyści inwestowania w tym regionie są dla Zachodu oczywiste: niższe koszty pracy bez konieczności przenoszenia produkcji do miejsc zbyt odległych od tradycyjnych rynków oraz bez naruszania prawa pracy w rodzimym kraju. Rządy państw Europy Środkowo-Wschodniej mogą uderzyć w zagraniczne banki i supermarkety specjalnymi podatkami, tak jak zrobili to już węgierski premier Viktor Orban oraz polski rząd. Andrej Babisz, jeśli wygra czeskie wybory, prawdopodobnie zrobi to samo w swoim kraju. Zmiany te jednak mogą zajść tylko do pewnego stopnia. Jeśli będą zbyt daleko idące, wówczas zagraniczne firmy mogą opuścić Europę Wschodnią, a stosunkowo małe gospodarki krajów tego regionu wpadną w tarapaty.

Rządy Węgier, Polski i Czech mogą sprzeciwiać się europejskim dyrektywom ws. uchodźców oraz stawiać opór, gdy ich działania ws. sądownictwa są kwestionowane. „Nie będziemy kolonią” – mówili wielokrotnie Viktor Orban i Jarosław Kaczyński przy różnego rodzaju okazjach. To wszystko jednak nie zmieni faktycznego statusu kolonii, jaki mają te gospodarki wobec bogatszego Zachodu. Chyba, że rządy te zdecydują się na wywłaszczanie zagranicznych firm – ale taki rozwój wydarzeń wydaje się nieprawdopodobny.

Czeski prezydent o populistycznym nastawieniu Milos Zeman stwierdził ostatnio, że dla jego kraju lepsza może być utrata europejskich funduszy (czym groziła Europa Zachodnia) niż przyjęcie muzułmańskich imigrantów. Ale tak naprawdę utrata europejskich funduszy nie jest największym ryzykiem, tylko obawy zagranicznych inwestorów o zmianę klimatu prowadzenia biznesu.

Prowadzić do tego może osłabianie spójności UE, w tym niestosowanie się do wyroków europejskich sądów, które gwarantują wykonywanie polityk Unii. To z kolei może osłabić ochronę zachodnioeuropejskich inwestorów. Orban, który jest u władzy dłużej niż rządy w sąsiadujących krajach, doskonale to rozumie. Dlatego ostatnio złagodził swoje polityki i nie zakwestionował bezpośrednio decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE ws. przyjmowania uchodźców.

Nacjonalistyczna retoryka może ogłupić niektórych wyborców, dzięki czemu będą przekonani, że ich przywódcy są rzeczywiście niepodlegli. Ale koniec końców wybór polityków w Europie Środkowo-Wschodniej jest dość ograniczony i trudny: albo zadowolą się ograniczonym buntem, albo podniosą stawkę, ryzykując utratą zagranicznych inwestorów, od których zależą ich gospodarki.

Tak naprawdę to żaden wybór. Europa Środkowo-Wschodnia ostatecznie będzie musiała zdecydować się na głębszą integrację, tak jak kiedyś zdecydowała się na członkostwo w UE.

W mojej opinii koniec końców nie będzie ważne, gdzie europejska firma ulokuje swoją główną siedzibę, ponieważ zjednoczona Europa będzie miała wspólny budżet, a spójność gospodarcza okaże się nieuniknionym warunkiem. Dlatego co prawda nacjonalizm może mieć teraz swój dobry czas, ale jest już za późno: kraje Europy Środkowo-Wschodniej były otwarte na inwestorów zbyt długo, i straciły zbyt dużo kontroli nad swoją gospodarczą przyszłością, aby teraz trzymać się kontroli politycznej.

>>> Czytaj też: Stańko: Nowa wspaniała Unia według chorego człowieka Europy [OPINIA]