Odetnijmy się na moment od anomalii przywódcy USA, który nazwał pewne kraje „zadupiami” przy okazji narzekania, że w USA jest zbyt wielu imigrantów z takich państw, jak Haiti czy biedne kraje afrykańskie, a za mało z państw takich, jak Norwegia.

Donald Trump przemawiał, jak to często bywa, nie zważając na konsekwencje swoich słów.

Jako jedna z ok. 257,7 mln osób, które nie mieszkają w kraju urodzenia, chciałbym coś powiedzieć tym ludziom: wasze państwa mogłyby stracić swoją pozycję w świecie, jeśli ograniczycie imigrację tylko do tych osób, które pochodzą z bogatszych krajów.

Donald Trump prawdopodobnie nigdy nie podróżował do państw, które zaatakował, ale zakładam, że miał na myśli kraje biedne lub/i nieszczęśliwe. Wiele rankingów mierzy to za pomocą różnych kryteriów – np. PKB na mieszkańca, poziom wolności, jakość życia czy poziom szczęśliwości. Ale gdy mówimy o migracji, to kryteria te nie mają znaczenia. Z punktu widzenia migracji, najgorszymi krajami są te, gdzie największy odsetek mieszkańców chce i może zagłosować nogami. Np. Korea Północna nie jest, wedle wszelkich rankingów, miłym do życia krajem, ale jej granice są zamknięte. Norwegia z kolei jest bogatym i szczęśliwym krajem, ale stosunkowo duża liczba Norwegów – prawie 200 tys. (dane ONZ), czyli ok. 3,7 proc. populacji, żyje za granicą.

Norwegia zatem mogłaby się znaleźć na mało oczywistej liście „zadupi”. Można argumentować, że skłonność do emigracji nie musi koniecznie związana z poziomem bogactwa czy szczęścia. Palestyna czy Syria nie mogą być nawet porównane z Portugalią czy Litwą pod względem warunków życia, tymczasem wszystkie te kraje łączy fakt, że osoby tam urodzone często żyją poza granicami tych państw.

USA, z powodów geografii i polityki imigracyjnej, nie przyjmuje najwięcej imigrantów z 20 krajów, których mieszkańcy opuszczają je najchętniej. Według danych ONZ, do najbardziej licznych mniejszości w USA należą osoby pochodzące z Puerto Rico, Jamajki czy Salwadoru, ale także z Kanady, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Polski, ale też z Korei Południowej, Indii i Chin.

Większość imigrantów, którzy przybywają do USA, pochodzi z państw, gdzie stosunkowo mały odsetek populacji chce emigrować. Niektórzy, ale niewiele, pochodzą z miejsc, które ich mieszkańcy z chęcią by opuścili. Kluczem do wspierania reputacji USA jako kraju, w którym warto żyć, jest balansowanie między tymi grupami. Bez miejscowych amerykańskie dążenia do globalnego przywództwa byłby znacznie mniej przekonujące.

USA mogłyby zreformować swoją politykę imigracyjną w takim kierunku, aby przyjmować tylko osoby pochodzące z państw, gdzie poziom szczęścia czy PKB per capita są na podobnym poziomie. Oceniając na podstawie listy krajów, z których ludzie chętnie emigrują, do USA mogłoby przybyć więcej Europejczyków (oczywiście będą to raczej Łotysze, Litwini czy Rumuni, a nie Duńczycy czy Norwegowie). Amerykanie podatni na antyimigranckie sentymenty będą chcieli odesłać ich z powrotem, tak jak miało to miejsce w Wielkiej Brytanii (europejska swoboda przepływu osób była prawdopodobnie najważniejszym pojedynczym czynnikiem, który doprowadził do głosowania za brexitem).

W tym samym czasie opinia USA jako świetlistego miasta na wzgórzu ograniczy się do małej liczby krajów, które są już sojusznikami Stanów Zjednoczonych.
Mój kraj urodzenia – Rosja – jest czwartym największym państwem imigracyjnym świata. Większość osób przybywa do Rosji z byłych republik ZSRR. Przekazy finansowe do krajów pochodzenia oraz opowieści o życiu w bogatych miastach Rosji są dla niej świetną okazją do promocji i wzmacniania miękkiej siły. Jednocześnie Rosjanie żyjący poza granicami Rosji tworzą trzecią największą na świecie diasporę. Ich historie o życiu w Europie, w USA i Australii sprawiają, że Rosja pozostaje podłączona do Zachodu – pomimo wrogości w polityce międzynarodowej.

Podobnie duża diaspora Rosjan w Niemczech po części wyjaśnia, dlaczego Niemcy są tak ważnym partnerem do negocjacji dla Moskwy. Dziś duża liczba imigrantów z Bliskiego Wschodu w Niemczech sprawi, że Berlin, być może nie mając takiego zamiaru, odegra istotną rolę w sprawach tego regionu, po tym, jak już zapanuje pokój w Syrii.

Dla izolacjonistycznie nastawionych dziś USA to naturalne, aby odwrócić się od niektórych krajów oraz całych regionów. Zakaz imigracyjny Trumpa zmniejszył znaczenie USA w regionie Bliskiego Wschodu. Podobne zakazy wobec Ameryki Środkowej i Karaibów będą miały ten sam efekt. Czy USA naprawdę potrzebują więcej imigrantów z Europy? Działania takie mogą podważać zaufanie do USA po tej stronie Atlantyku. Niemniej powinna to być zawsze świadoma decyzja.

CZYTAJ WIĘCEJ:

>>> USA blisko wyjścia z NAFTA. Kością niezgody jest sektor motoryzacyjny

>>> Opowieści z trzewi Białego Domu. Czy głupota rozgrzesza Trumpa?

>>> Trump po spotkaniu z norweską premier zmienia stanowisko wobec porozumienia paryskiego

>>> Trump: "Moja cierpliwość wobec Chin może niedługo się skończyć. Nie taka była umowa!"

>>> Minister Meksyku: "Nigdy nie zapłacimy za mur Trumpa". Nawet, jeśli USA wycofają się z NAFTA