Najnowszy i najgłośniejszy przykład sporu płacowego z pracownikami sfery zwanej nieprodukcyjną dotyczy w Polsce podwyżek dla lekarzy-rezydentów zdobywających w szpitalach wiedzę i doświadczenie niezbędne do uzyskania tzw. specjalizacji w określonej dziedzinie medycyny.

Społeczeństwo chciałoby się cieszyć najwyższym poziomem i komfortem leczenia, nauczania, a także wysokiej kultury i nie byłoby przeciw stworzeniu po temu jak najlepszych warunków płacowych. W warunkach nadrabiania zaległości, jak w Polsce, czy niedorozwoju gospodarczego, jak w państwach ubogiego Południa, a więc względnego lub bezwzględnego niedostatku środków w budżecie centralnym i budżetach samorządowych, „chcieć” mija się jednak z „móc”.

Stosunek do pracy nazywanej kiedyś nieprodukcyjną jest poza tym ambiwalentny. Po pierwsze, wysiłek lekarzy, nauczycieli, czy klarnecistów nie poddaje się tradycyjnym miarom wydajności mierzonej w tonach i pieniądzu, a jakość jako najważniejszy element oceny jest w tych dziedzinach kategorią niedookreśloną i subiektywną. Po drugie, dobrze jest być zdrowym i mądrym, ale też dopóki, dopóty nie zostaje przekroczony próg pewnego wieku i refleksji, niemal wszystkim wydaje się, że choroby to nie dla nich, a w głowie poukładane mają znacznie lepiej niż inni. Dlatego, łatwiej jest rządom podjąć decyzję w sprawie miliardów np. na 500+, niż przeforsować długofalowe programy dobrych i długotrwałych zmian w ochronie zdrowia lub edukacji, bo wydatki na takie programy pojawiają się natychmiast zaś obiecywana poprawa dopiero po latach, a i to nie zawsze.

Koszty leczenia i utrzymania populacji we względnym zdrowiu potrafią rosnąć jak szalone. Jeszcze w 1960 r. ich wielkość w relacji do PKB wynosiła w Stanach Zjednoczonych 5 proc., czyli z grubsza tyle, ile przeznaczamy teraz w Polsce na te cele ze środków publicznych. W 1995 r. wskaźnik ten urósł w USA do 13 proc., a obecnie jest to niebotyczne 18 proc.

W medycynie, szkolnictwie i innych usługach intelektualnych pozycją największą lub jedną z największych są koszty pracy (wiedzy). W miarę skuteczną terapią na dolegliwości związane z wysokimi kosztami pracy jest leczenie ich wydajnością.

Wydajność (produktywność) rośnie głównie w wyniku wdrażania skuteczniejszych technologii. Wraz z wydajnością rosną płace tych, których postęp techniczny polegający najczęściej na stosowaniu coraz lepszych maszyn, nie wymiótł z danej dziedziny wytwórczości. Przełomem technologicznym było np. zastąpienie łopaty koparką mechaniczną i w konsekwencji zanik popytu na siłę ludzkich i zwierzęcych mięśni.

W niektórych dziedzinach wpływ postępu technicznego jest jednak powolny, nikły lub zerowy. Powodem jest np. niezastępowalność drogich, kapryśnych i zawodnych ludzi przez maszyny. Teoretycznie, w miejsce ręki wirtuoza skrzypiec można wprawdzie użyć jakiegoś cyber-ramienia, tyle że melomani jeszcze do tego nie dorośli. Muzycy uprawiają sztukę, wykonując swoją pracę niemal tak samo od zarania dziejów i wbrew przyspieszeniu czasu nie wywijają smyczkiem i nie gonią po klawiaturach szybciej niż kiedyś. Wykonanie IX symfonii Beethovena zajmuje orkiestrom i chórom tyle samo czasu co sto lat i więcej temu. Wydajność muzyków stoi więc w miejscu, a ich wynagrodzenia – choć wolno – to jednak rosną. Prawie to samo, choć z większymi zastrzeżeniami, powiedzieć można o lekarzach, nauczycielach, czy prawnikach. Jaki stoi za tym mechanizm?

Podczas badania wynagrodzeń osób zatrudnionych poza produkcją, zmarły przed niecałym rokiem światowej sławy ekonomista William Baumol oznaczył przed pół wiekiem jednostkę „chorobową” nazwaną „chorobą kosztową”. Udział w tym odkryciu miał współpracujący z nim William Bowen. Dostrzegli, że podwyżki płac w sferze produkcyjnej muszą prowadzić do nieuchronnego wzrostu płac dla osób ze sfery nieprodukcyjnej, ponieważ brak wyrównywania wynagrodzeń prowadziłby do odchodzenia ludzi z zawodów artystycznych, medycznych czy związanych z edukacją. Zostaliby w nich głównie (mało jednak liczni) pasjonaci lub abnegaci i byłby to skutek najpierw nieprzyjemny, lecz wkrótce diablo niebezpieczny.

Wraz z podwyżkami bez uzasadnienia we wzroście wydajności pojawia się konieczność podwyżek cen biletów do teatrów, czy filharmonii, a w krajach z większym niż w USA sektorem publicznym – przede wszystkim składek i podatków na finansowanie ochrony zdrowia i szkolnictwa. Oczywisty cel to próba zasypania różnicy między zwiększonymi kosztami (wzrost płac) a stojącymi w miejscu przychodami. Co zaskakujące, podwyżki w sektorach nazwanych przez Baumola stagnacyjnymi są wyższe od podwyżek w sektorach o rosnącej wydajności i wyprzedzają w dodatku inflację. W rezultacie koszty sektora publicznego rosną nie tylko nominalnie, ale realnie. Stąd właśnie nazwanie zjawiska chorobą kosztową.

Skutki choroby kosztowej mają duży ciężar. O miarodajne i szerokie dane najłatwiej w USA. Jeśli za punkt odniesienia przyjąć poziom cen w 1980 r, to koszty edukacji (czesne) wzrosły tam przez prawie 40 lat (1980-2016) trzyipółkrotnie, a koszty leczenia dwukrotnie. W tym samym czasie ceny głównych wyrobów przemysłowych spadły o połowę i bardziej. Na marginesie dodać wypada, że przyczyny tego rozziewu tłumaczone są także dużym popytem na najlepsze usługi edukacyjne, medyczne, kulturalne, czy prawne ze strony bogatej części Amerykanów. W największym skrócie – podaż miejsc na Harvardzie nie nadąża za popytem, co ułatwia decyzje o podwyżkach cen usług. 

Choroba kosztowa w Polsce i zagranicą

Objaśnianie fenomenu choroby kosztowej na przykładzie Polski jest mocno utrudnione z uwagi na uwsteczniającą spuściznę po PRL, ze względu na strukturę własnościową w sferze nieprodukcyjnej, w której dominuje sektor publiczny, jak również z powodu niskiego ciągle PKB oraz małej zamożności społeczeństwa, czego konsekwencją jest generalne zapóźnienie w masowych usługach społecznych, w tym w ochronie zdrowia.

W Polsce lepiej trafić do sektora publicznego niż do prywatnego, przynajmniej w ujęciu statystycznym,. W 2017 r. różnica w wielkościach brutto obliczonych dla wszystkich podmiotów zatrudniających ponad 9 osób wyniosła 600 zł (ok. 4700 zł w publicznym i ok. 4100 zł w prywatnym). Co ciekawsze, przewaga pracodawcy skarbowego i samorządowego nad prywatnym występuje w większości z 17 sektorów wyróżnionych przez GUS. Jedyne wyjątki, gdzie podmioty prywatne płacą więcej to wytwarzanie i zaopatrywanie w energię, gaz i parę, informacja i komunikacja (tu zwłaszcza informatycy), obsługa rynku nieruchomości oraz działalność profesjonalna, naukowa i techniczna.

W tym miejscu trzeba wziąć pod uwagę, że krajowe firmy formalnie prywatne, ale pod skuteczną kontrolą państwa, są u nas zazwyczaj duże i bardzo duże (Orlen, KGHM, kopalnie węgla, elektrownie itd.). Z kolei, faktycznie prywatne nie zdążyły jeszcze w Polsce urosnąć i są raczej średniej i małej wielkości, więc ich potencjał płacowy też jest skromniejszy. Uwaga ta jest istotna, ponieważ firmy Skarbu Państwa są częściej niż rzadziej obszarem płacowych bachanaliów, gdy w prywatnych dominuje skrupulatna wstrzemięźliwość.

Równolegle, w Polsce ujawnia się prawdopodobnie zależność, obserwowana także w innych rozwiniętych państwach świata. W Kanadzie przeprowadzono w 2011 r. badanie (Battle of the Wages: Who gets paid more, public or private sector workers?), które potwierdziło lekką przewagę płacową sektora publicznego. Jeden z wniosków szczegółowych brzmiał, że głębsze różnice na korzyść osób zatrudnianych „na państwowym” występowały przy pracach niskokwalifikowanych, takich jak sprzątanie, gotowanie, czy praca biurowa. Natomiast tam gdzie wynagrodzenia są wysokie (szefowanie, usługi prawne, finansowe itp.) sektor prywatny płaci więcej i to wyraźnie więcej.

Brytyjski Institute for Fiscal Studies (IFS) podał przed rokiem, że w 2011 r. średnia stawka godzinowa osoby zatrudnionej w sektorze publicznym wynosiła na Wyspach 15,80 funtów, podczas gdy w sektorze prywatnym – 13,60 funtów. Informację tę komentowano tam szeroko w kontekście zapowiadanych przez lekarzy i nauczycieli akcji protestacyjnych, których zaczynem miało być niezadowolenie ze zbyt niskich wynagrodzeń.

Luke Sibieta – autor raportu sygnowanego przez IFS sądzi, że przewaga płacowa brytyjskiego sektora publicznego zniknie w okolicach 2019 r. Konsekwencją może być odstraszenie dobrych i bardzo dobrych absolwentów od podejmowania pracy w placówkach National Health Service, czy szkołach finansowanych przez państwo. Z drugiej strony, pozytywnie na perspektywy zatrudnienia w sektorze publicznym oddziałują czynniki pozapłacowe, takie jak osobiste motywacje i preferencje, stabilne warunki zatrudnienia i pracy oraz tzw. benefity (specjalne prawa emerytalne, urlopy zdrowotne itp.).

W Polsce brakuje nam rozpoznania kluczowych elementów ewentualnej poprawy działania i efektów usług opłacanych ze środków publicznych. Nie powstają białe, zielone, czy czerwone księgi tworzone ponad podziałami politycznymi i z wykluczeniem wpływu czynników destrukcyjnych, takich jak przede wszystkim wyłaniające się co rusz wizje kolejnych wyborów. Po latach intelektualnych przymiarek zapanowała jedynie zgoda, że leczenie, czy nauka finansowane ze środków prywatnych mają u nas swoje (ograniczone) miejsce, lecz powiększać będą swój udział krok po kroku, w sposób organiczny, a nie na zasadzie dekretowania i stanowienia np. powszechnych prywatnych ubezpieczeń medycznych.

Ewentualne, żeby nie powiedzieć – hipotetyczne, zmiany na lepsze w usługach powszechnych finansowanych ze środków publicznych wymagają odważnego uświadamiania społeczeństwu, że muszą to być procesy kosztowne, że dobry lekarz, rozumny nauczyciel , czy doświadczony i służebny policjant to droga i długoletnia inwestycja. Jej sfinansowanie wymaga wysiłku wszystkich, bez wyjątku podatników, bo postulowana hałaśliwie jako panaceum redystrybucja dochodów w formie restrykcyjnego opodatkowania małej grupy osób zamożnych przyniesie tyle pieniędzy, ile szufelek mąki zamieść można z posadzki we młynie.

Podatki mają źródło głównie w gospodarce. Chcesz być Polaku w miarę zdrowy, uczony i bezpieczny – nie myśl jak dzielić, a głów się jak tworzyć więcej do podziału.

Autor: Jan Cipiur, dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.