W trakcie Paryskiego Maja Godard, pozbawiony dotychczasowego krytycyzmu i zmysłu ironii, nie dostrzegł, że radykalnie lewicowe slogany powtarzane ze śmiertelną powagą przez człowieka, który prowadzi w gruncie rzeczy życie burżuja, brzmią cokolwiek groteskowo

Trwająca od środy 71. edycja festiwalu w Cannes będzie dla Jeana-Luca Godarda szczególna. Nie tylko dlatego, że 87-letni weteran Nowej Fali jest najstarszym reżyserem, którego film zakwalifikowano do tegorocznego konkursu. Znacznie ważniejsza wydaje się świadomość, że niebawem minie 50 lat od czasu, gdy grupa filmowców pod przewodnictwem Godarda wymogła na organizatorach przerwanie festiwalu. Wydarzenie to okazało się brzemienne w skutkach nie tylko dla współczesnego kina, lecz także całej europejskiej kultury.

Działanie Godarda i spółki, interpretowane jako wyraz solidarności ze strajkującymi w maju 1968 r. studentami i robotnikami, przeszło do historii nie tylko ze względu na treść, lecz także niecodzienną formę, jaką filmowcy nadali swojemu protestowi. Twórca „Do utraty tchu” wraz z kilkoma kolegami po fachu miał uwiesić się na kurtynie w Pałacu Festiwalowym, uniemożliwiając tym samym rozpoczęcie jednego z konkursowych seansów. Nawet jeśli historia ta nie ma stuprocentowego pokrycia w faktach, doskonale sprawdza się jako fundament mitu Godarda – artysty totalnego, zawsze gotowego, by przekształcić swe działanie w przykuwający uwagę spektakl. Za najlepszą ilustrację tej postawy mogą posłużyć słowa samego reżysera, który wyznał w jednym z wywiadów: „Nigdy nie miałem poczucia, że życie jest czymś innym niż twórczość. Kino plasuje się gdzieś pomiędzy sztuką a życiem”.

Buntownik z kamerą

Przypadająca w tym roku rocznica Paryskiego Maja nie pozwala zapomnieć, że zarówno życie, jak i twórczość Godarda zostały naznaczone przez ścisłe związki z polityką. Do pewnego stopnia symbioza ta przenikała wszystkie działania twórców współtworzonej przez francuskiego twórcę Nowej Fali (Nouvelle Vague). Polityczny wymiar kryje się już w samej genezie tego terminu, którego dziennikarze zaczęli używać pierwotnie do opisania nowego pokolenia Francuzów wchodzących w dorosłe życie w latach 50. Ówcześni młodzi ludzie znacząco różnili się od generacji ojców pod względem stylu życia i wyznawanych wartości. Charakteryzowała ich wolność od obciążeń wojennych traum, znacznie swobodniejsza obyczajowość i bardziej pozytywny stosunek do wzorców amerykańskiej kultury.

Dzięki filmom nowofalowców przemiany te znalazły odzwierciedlenie także na kinowym ekranie. Młodzi twórcy z kręgu Nouvelle Vague mieli zresztą własne rachunki do wyrównania ze starszym pokoleniem. W swych płomiennych manifestach atakowali jego przedstawicieli za tworzenie tak zwanego kina papy – manierycznego, wypranego z emocji, nazbyt uzależnionego od teatru i literatury. Za najlepsze podsumowanie stawianych wówczas zarzutów może posłużyć fragment artykułu z czasopisma „Arts”, na łamach którego Godard grzmiał: „Oskarżamy was (twórców kina papy – red.) o to, że nie potraficie sfilmować dziewczyn, jakie kochamy, i chłopców, z którymi się przyjaźnimy!”.

Treść całego artykułu będzie można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Czytaj także: Fotografia jest narzędziem techniki, które wytwarza silną iluzję prawdy [WYWIAD]