Mamy gospodarcze żniwa: MFW podnosi prognozy wzrostu, agencje ratingowe na lepsze zmieniają oceny perspektyw naszego rozwoju, rząd wprowadza plan Morawieckiego...

Ale agencje ratingowe nie podnoszą nam ratingu. Widocznie mają powody. To prawda, że międzynarodowe instytucje podnoszą prognozy naszego wzrostu, ale do poziomu niższego, niż mamy obecnie. Nie możemy spać spokojnie.

Dobra koniunktura gospodarcza pudruje stan naszych finansów publicznych?

Tak bym tego nie powiedział. Mamy tempo wzrostu ok. 4,5 proc. PKB, a Niemcy, choć mają zaledwie trochę powyżej 2 proc. PKB, każdy rok wykorzystują do zmniejszenia poziomu zadłużenia państwa. Dług obniżyli w minionym roku z 64 proc. PKB do 60 proc., w tym roku zejdą do 56 proc. Słowacja zejdzie do poziomu poniżej 50 proc. PKB, a ma wzrost takiego rzędu jak Polska. Wszystkie kraje, poza USA, które mają relatywnie wysokie tempo wzrostu gospodarczego, wykorzystują ten czas do poprawy stabilności makroekonomicznej, m.in. zmniejszenia zadłużenia państwa. My tego nie robimy.

Na razie obniżyliśmy deficyt budżetowy.

Ale gdybyśmy chcieli poprawić stabilność makroekonomiczną, powinniśmy mieć nadwyżkę w budżecie. A u nas po latach dobrego wzrostu gospodarczego deficyt budżetowy spadł do 1,7 proc. PKB. Jednak w sektorze rządowym deficyt w zeszłym roku był na poziomie prawie 4 proc. PKB. Poprawa nastąpiła głównie dlatego, że poprawiła się sytuacja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych – jest więcej zatrudnionych i wynagrodzenia rosną. Ale to jest wyraźnie koniunkturalny czynnik, a nie strukturalny. Nie możemy mówić, że zachowujemy się przezornie. Z takim poziomem deficytu budżetowego możemy co najwyżej ustabilizować zadłużenie państwa.

Rząd w planie konwergencji, który przedstawił Komisji Europejskiej, zakłada, że deficyt strukturalny (po odjęciu efektów związanych z koniunkturą), wzrośnie w tym roku z 2,1 proc. PKB do 2,8 proc.

To znaczy, że jesteśmy na ścieżce dalszego zadłużenia państwa. Nasz wzrost jest ciągnięty przez konsumpcję, a to oznacza, że jego podstawy nie są stabilne. Popatrzmy też na inny ważny wskaźnik – rentowność 10-letnich obligacji Skarbu Państwa. Węgierskie papiery mają ją mniejszą niż nasze, a to znaczy, że oni pożyczają pieniądze taniej. Czechy już od dawna mają wyraźnie lepszą pozycję. A my właśnie dlatego, że nie oddłużamy gospodarki, musimy pożyczać pieniądze na znacznie wyższy procent. To kolejny czynnik, który będzie podtrzymywał nasze zadłużenie. Jeśli ktoś pyta, czy dobrze wykorzystujemy koniunkturę, to mogę powiedzieć, że strukturalnie w zasadzie w ogóle tego nie robimy.

Jeśli popatrzymy na nasz deficyt strukturalny, to sytuacja w finansach publicznych jest od dwóch–trzech lat tak napięta jak w latach 2008–2011. Wtedy trwale zmniejszono dochody budżetu, obniżając składkę rentową, obniżając PIT i wprowadzając korzystniejszy mechanizm rozliczania VAT. Ale wtedy mieliśmy też globalny kryzys finansowy. Teraz mamy program 500+ i obniżenie wieku emerytalnego...

Generalnie wynika to z tego, że rząd pobudza wzrost fiskalnie. Prowadzi procykliczną politykę, a powinien przejść do antycyklicznej. Tak pobudzony wzrost jest dodatkowo wspierany po to, by go podtrzymać na wyższym poziomie w krótkim okresie. Ale to będzie rodzić konsekwencje – i w średnim okresie może prowadzić do mocniejszego hamowania gospodarki. Szczerze mówiąc, to dla mnie polityka nastawiona na przejście czwórboju wyborczego.

Mówi pan o wyborach samorządowych, europejskich, do parlamentu i prezydenckich.

Celem obecnej polityki jest pobudzanie koniunktury tak, aby można było ją utrzymać na wysokim poziomie do 2020 r. Jednak to oznacza, że później wystąpią silniejsze makroekonomiczne napięcia, a sam wzrost nie będzie zrównoważony. Za pewien czas, jak nastąpi mocniejsze spowolnienie, nie będzie jak pobudzać wzrostu.

Czy to jest forma zakładu rządu? Władza zakłada się pieniędzmi podatników o koniunkturę w przyszłości?

Trzeba założyć, że wcześniej czy później nastąpi spowolnienie. Jeśli mielibyśmy dobrą sytuację finansów publicznych, to moglibyśmy wtedy zwiększyć wydatki, nie ryzykując utraty równowagi makroekonomicznej. Jest jeszcze jeden bufor – w sytuacji spowolnienia można obniżyć stopy procentowe. Ale one już są na bardzo niskim poziomie. A dodatkowo jeszcze część członków Rady Polityki Pieniężnej i sam prezes NBP sugerują, że można by jeszcze te stopy obniżać. Dla mnie to czytelne: chodzi o zwycięstwo w czwórboju, a nie myślenie o utrzymaniu Polski na ścieżce relatywnie wysokiego wzrostu gospodarczego w długim okresie.

Eksperci Komisji Europejskiej, z którymi nasz rząd w zasadzie się zgodził, uważają, że takim buforem na trudne czasy byłoby obniżenie deficytu strukturalnego do 1 proc. PKB. Program rządowy zakłada, że w 2021 r. będziemy mieli ten deficyt na poziomie 1,3 proc. Czy do tego czasu będziemy bezpieczni?

Rok 2021 to niby nie jest daleko, ale ja nie widzę zależności między tym, co jest na papierze, a tym, co jest robione. Popatrzmy, co rzucono na stół w pierwszej konkurencji czwórboju wyborczego...

Treść całego artykułu można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Nowy podatek albo wyższe składki. Rząd może wycofać się z likwidacji 30-krotności składek ZUS