Mundial w Rosji już na półmetku. Czy piłka nożna jest jeszcze sportem, czy bardziej biznesem lub rozrywką?

Futbol dawno odszedł od amatorskiego ducha sportu, lecz zarazem jest czymś więcej niż biznesem. Stał się częścią stosunków międzynarodowych. Spójrzmy na sytuację z 2010 r., gdy przyznawano prawa do organizacji mistrzostw świata w latach 2018 i 2022. Specsłużby z różnych krajów szpiegowały delegacje biorące udział w naradach FIFA, emir Kataru lobbował za ojczyzną, zaś Władimir Putin podpisał umowę gazową z prezydentem Paragwaju – wszyscy na różne sposoby starali się przechylić wynik głosowań na swoją korzyść. Piłka nożna od dawna była biznesem, ale teraz dodatkowo stała się mocno upolityczniona. Dziś trzeba ją badać w taki sam sposób jak obronność czy gospodarkę, bo podobnie wpływa na relacje międzypaństwowe.

Od czego ta zmiana się zaczęła? Od powołania Premier League w Anglii, Ligi Mistrzów UEFA, uwolnienia rynku transferowego na mocy prawa Bosmana? A może idealizujemy przeszłość i nie chcemy widzieć, że pieniądze są w piłce nożnej od dawna? Może należy zacząć tę historię od Preston North End, który na początku lat 80. XIX w. złamał zakaz płacenia piłkarzom, co doprowadziło do legalizacji zawodowstwa?

Futbol jako biznes istniał długo przed założeniem Premier League w 1992 r. Już wtedy było w nim wszystko: pieniądze, dobrzy i źli właściciele, próby obejścia przepisów. Na przykład w latach 80. XX w. Irving Scholar, prezes Tottenhamu, specjalnie podzielił spółkę, by wypłacać dywidendy akcjonariuszom. W 1961 r. zniesiono limit maksymalnej pensji dla piłkarzy (do tego czasu nie mogła ona przekraczać 20 funtów tygodniowo – red.), co uwolniło rynek i doprowadziło do tego, że dziś gwiazdy zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy funtów tygodniowo. Ale moja ostatnia książka „Klub miliarderów” nie jest o tym, jak futbol stał się biznesem, lecz w jaki sposób stał się specyficznym rodzajem biznesu. Złożyły się na to trzy wydarzenia. Pierwsze – powstanie Premier League i przemianowanie europejskiego Pucharu Mistrzów na Ligę Mistrzów, drugie – upadek komunizmu i rozpad Związku Sowieckiego, trzecie – rządy Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, których reformy gospodarcze uwolniły sektor finansowy od ciężaru regulacji i umożliwiły tanie pożyczanie pieniędzy. Te trzy wydarzenia miały miejsce w podobnym czasie i w ich efekcie do piłki nożnej trafiły ogromne ilości pieniędzy. Od pierwszej połowy lat 90. XX w. zaczęła się w tym sporcie era miliarderów.

Francusko-korsykańska wojna futbolowa. Politycy kłócą się o granice autonomii i nacjonalizm

Ale co w tym złego, że pojawiły się wielkie pieniądze? Dzięki nim futbol jest popularniejszy niż kiedykolwiek, a poziom gry się podnosi. Kto chce oglądać mecz Steaua Bukareszt – IFK Goeteborg zamiast FC Barcelona – Manchester United?

Nie ma wątpliwości, że niektóre zmiany będące efektem pojawienia się Premier League i Ligi Mistrzów są bardzo dobre. Mamy teraz znacznie lepsze stadiony, na które mogą przychodzić rodziny, boiska i sprzęt, zawodnicy od najmłodszych lat są lepiej przygotowywani do gry. Pytanie brzmi, czy będące efektem tego zmiany nie poszły za daleko? Obecny futbol jest niemal zupełnie oderwany od tego, co stanowiło jego esencję – od lokalności. Tego, że kibicowanie danej drużynie budowało lokalną tożsamość, że kolejne pokolenia kibiców chodziły na ten sam stadion, często zajmując te same miejsca. Drugim problemem jest to, że pieniądze, które zaczęły płynąć po tym, jak w 2003 r. w Chelsea pojawił się Rosjanin Roman Abramowicz, nie są już po to, by poprawiać futbol – to jest co najwyżej efekt uboczny. Celem tych pieniędzy jest to, by dać ich właścicielom pozycję polityczną lub społeczną, by zaspokoić ich próżność. Powodem, dla którego nowa klasa miliarderów kupuje kluby, jest zwykle chęć zapewnienia sobie rozgłosu, zabezpieczenia majątku, szczególnie jeśli jest on niejasnego pochodzenia. To budzi niesmak.

Cały tekst przeczytasz w Magazynie Dzienniku Prawnej