Jeśli ktoś w Polsce nie znał Harveya – a po latach ideologicznego szlabanu na marksistów miał przecież takie prawo – to dziś już nie znać go nie wypada. W ciągu ostatnich miesięcy na rynku pojawiło się kilka tłumaczeń różnych prac sędziwego nowojorskiego profesora. Do tego jego uczeń Kacper Pobłocki wydał bardzo harveyowski „Kapitalizm. Historię krótkiego trwania”. Książkę, która zgarnęła główną nagrodę w naszym tegorocznym Economicusie. A teraz ukazuje się druga część „Przewodnika po Kapitale Karola Marksa”. Pierwsza miała premierę rok temu.

Cały pomysł na czytanie Marksa przez Harveya jest dość oczywisty. Każdy, kto kiedykolwiek miał okazję wziąć do ręki prace niemieckiego filozofa, zdaje sobie sprawę, jaka to potrafi być straszna piła. Wie to także Harvey, gdy pisze we wstępie, że „tom drugi »Kapitału« to raczej nudna książka (a to i tak być może za mało powiedziane)”. Chwilę później Amerykanin odwołuje się do (wziętej od samego Marksa) metafory, że „w nauce nie ma bitych dróg, a kto chce wspiąć się na jej świetliste szczyty, ten musi rad nierad podjąć trud wspinania się po urwistych ścieżkach”. Ale jak już wlezie na górę, to widok stamtąd roztacza się wyjątkowy. Ponieważ jednak – powiedzmy sobie szczerze – czytając surowego Marksa, niejeden czytelnik odpada ze znużenia od tej skalnej ściany, to przyda się doświadczony himalaista, co to sam nieraz już tę drogę przeszedł. I w razie czego poda rękę, poniesie na plecach albo wyznaczy bezpieczny obóz przed dalszą podróżą. Taki jest właśnie cel pisania książek z półki „czytamy wspólnie Karola Marksa”. Dokładnie tak jest i w tym przypadku.

Autor omawia tom drugi „Kapitału” (czerpiąc trochę również z tomu trzeciego, głównie kawałki dotyczące – mówiąc dzisiejszym językiem – rynków finansowych). Dwójka i trójka to są te części marksowskiej trylogii, które zostały wydane już po jego śmierci na podstawie notatek opracowanych przez Engelsa. Niektórzy twierdzą nawet, że nie powinny być przypisywane Marksowi, lecz właśnie jego przyjacielowi. Styl dwójki i trójki jest już inny. W powszechnej opinii gorszy i mniej w nim retorycznej petardy.

Niemniej tom drugi „Kapitału” zawiera ważny przekaz, niezbędny dla zrozumienia natury kapitalizmu. Tom pierwszy skupia się na procesie akumulacji. To tu widzimy bogatych przemysłowców, którzy mają coraz więcej i więcej. I robotników, którym zostaje coraz mniej i mniej. Sukces jednych jest sprzężony z pauperyzacją drugich. A wynikiem tego procesu nadającemu kapitalizmowi niesamowitą witalność jest walka klas. Śmiertelny konflikt słabych, ale licznych, z mocarnymi, lecz nielicznymi. Mówiąc krótko: marksowska sprężyna historii.

Tom drugi (i trzeci) dodają temu procesowi kontekst. Marks pokazuje tu drugi filar swojego przekazu: moment, w którym kapitalizm gryzie się we własny ogon. Produkując coraz więcej i coraz taniej, pustoszy świat społeczny do tego stopnia, że nie może swojego zysku zrealizować. Bo nie ma popytu po stronie tych, którzy powinni go kupić, czyli spauperyzowanych kapitalistycznym procesem wyzysku szerokich mas społecznych. Tak rodzą się kryzysy nadprodukcji. A gdy do gry wchodzi jeszcze kredyt, mamy opowieść o finansjalizacji. Taki obraz „Kapitału” aktualny jest również dziś. I dlatego książka Harveya nie jest żadną archeologią i grzebaniem się w pracach pozbawionych dziś znaczenia, tylko ważną lekturą ekonomiczną, która ciekawemu świata czytelnikowi umknąć nie powinna. 

>>> Czytaj też: Kto wygrał "zimną wojnę szpiegów" - ZSRR czy USA? Wywiad z Władysławem Bułhakiem