We wrześniu China Investment Corp, chiński rządowy fundusz majątkowy, przejął za 1 mld dol. mniejszościowy udział w Noble Group z Hongkongu, firmie zajmującej się transportem, handlem i przetwarzaniem surowców. To posunięcie nie trafiło na czołówki gazet w Europie czy USA, a jednak podkreśla ono trend, który może mieć w najbliższych latach olbrzymie konsekwencje dla przepływów inwestycyjnych na świecie.

Nie tylko obligacje

Zaledwie dwa lata temu CIC większość swoich obfitych aktywów lokowała w amerykańskich instrumentach finansowych, jak większości azjatyckich funduszy majątku narodowego, które koncentrowały aktywność w świecie zachodnim. Jednak w konsekwencji kryzysu kredytowego radykalnie zmieniła postępowanie. Mając 200 mld dol. w portfelu, CIC szuka obecnie możliwości inwestycyjnych w dziedzinie zasobów naturalnych i spółek energetycznych, takich jak Noble Group. Rozważa również lokowanie pieniędzy w inne aktywa fizyczne, jak nieruchomości, które jej zdaniem utrzymają wartość.

JP Morgan szacuje, że do końca roku CIC wyda 50 mld dol. na inwestycje podobne do tej w Noble, dywersyfikując środki, które kiedyś trafiłyby, powiedzmy, na amerykański rynek dłużny. Ta zmiana może mieć znacznie większe konsekwencje makroekonomiczne, nie tylko dla perspektyw dolara i amerykańskiego rynku dłużnego, ale również dla wielu innych sektorów. Zasobny portfel CIC wynika z imponującej sprawności chińskiej machiny eksportowej, która wytworzyła rezerwy wartości około 2 bln dol.

Większość ekonomistów przewiduje, że świat w nadchodzących latach odzyska równowagę, co może oznaczać, że Chiny będą mniej eksportować i oszczędzać, a więcej wydawać. Jednakowoż wygląda na to, że CIC i inne azjatyckie fundusze majątku narodowego (SWF), takie jak fundusz koreański, staną się jeszcze potężniejsze, ponieważ wszelkie przywracanie równowagi będzie się zapewne odbywać powoli i będzie mu towarzyszyć umacnianie się ich rodzimych walut.

Nieco inaczej może być w przypadku funduszy narodowych z Bliskiego Wschodu, których kondycja zdaje się być funkcją cen ropy. Istnieją jednak pewne cechy wspólne tych funduszy, które będą powodować wzrost ich znaczenia, nawet jeżeli będą dysponowały mniejszymi środkami. Przede wszystkim fundusze te bardziej bezpośrednio komunikują się ze sobą i uczą od siebie nawzajem. To oznacza, że jest mniejsza szansa, że będą one występować przeciwko sobie, albo że jedne będą robić gorsze od innych interesy z instytucjami poszukującymi środków ratunkowych.

Kiedy Qatar Investment Authority rozważa inwestycje, to – jak mówi jeden z szefów QIA – Goverment of Singapore Investment Corp i Temasek są wśród naszych pierwszych rozmówców. Fundusz ten zainwestował razem z CIC w Canary Wharf, a przedstawiciele obu instytucji deklarują chęć kontynuowania nawiązanego w ten sposób dialogu. Co więcej, fundusze te stają się bardziej wymagającymi partnerami, bo popełniwszy kilka kosztownych błędów, nauczyły się, komu można zaufać.

Duży niesmak pozostawili po sobie na przykład przedstawiciele Citigroup i Merrill Lyncha (obecnie będącego częścią Bank of America), którzy szukali funduszy ratunkowych. – Byli jak sprzedawcy używanych samochodów – mówi jeden z wiodących inwestorów w transakcji z Merrill Lynch, opisując dialog z tą firmą.

Większe wymagania

Kiedy po raz pierwszy organizowano awaryjne finansowanie, niektóre SWF były w stanie zapewnić sobie w tych transakcjach lepsze niż inni warunki, między innymi zakaz rozwadniania akcji i prawo do zmiany warunków umowy. Inni tego nie zrobili. Ostatnio KIA i GIC były w stanie przynajmniej częściowo uratować swoje inwestycje, zmieniając ich warunki, podczas gdy Temasek popełnił fatalny błąd, sprzedając pakiet w Bank of America w lutym, na samym dnie bessy, co przyniosło mu wielomiliardową stratę.

Te gorzkie doświadczenia nie skłoniły funduszy do całkowitego wycofania się z inwestycji na rynku amerykańskim. Kiedy Larry Fink potrzebował w tym roku miliardów dolarów, żeby BlackRock mógł przejąć Barclays Global Investors, był w stanie pozyskać pieniądze od GIC, CIC i KIA w niespełna dzień, bo wszystkie te instytucje znają go i mu ufają.

KIA również chętnie zainwestowałby w Goldman Sachs – jak twierdzą ludzie z obu stron – ze względu na wielki szacunek dla samej firmy i jej szefa, Lloyda Blankfeina. Jednak GS ostatecznie zwrócił się do Warrena Buffeta, ponieważ Buffett, w przeciwieństwie do funduszy majątku narodowego, mógł działać szybko i podjąć decyzje w ciągu kilku godzin.

SWF stają się jednak bardziej wybredne w doborze transakcji, a także bardziej aktywne. Na przykład kiedy CIC inwestuje w firmy zajmujące się wykupem menedżerskim lub w fundusze inwestycyjne, tak jak to zrobiła, dając 3,2 mld dol. weteranowi wykupów, Chrisowi Flowersowi czy miliard firmie inwestycyjnej Oaktree Capital z Los Angeles, robi to zapewne w formie osobnych operacji. – Chińczycy uczą się tych facetów. A kiedy skończą się uczyć, to ich usuną – mówi szef jednej z firm kapitału prywatnego.

Za chińskim przykładem

Inni idą w ślady Chińczyków. – Fundusze majątku narodowego chcą większej kontroli. Nalegają na większe zaangażowanie – mówi Monte Brem, założyciel firmy konsultingowej StepStone, która doradza niektórym spośród najbardziej rozwiniętych tego typu podmiotów na świecie. To z kolei rodzi nowe pytania o to, jak CIC i inne takie fundusze będą sobie radzić z naciskami politycznymi. Najbardziej na ironię zakrawa chyba fakt, że choć SWF uważa się za byty polityczne, to wiele z nich stara się uciec od lokalnych korzeni i ograniczeń politycznych, żeby podejmować decyzje na podstawie przesłanek czysto ekonomicznych.

Im bardziej jednak będą widoczne konsekwencje ich działań dla krajobrazu inwestycyjnego, tym większej będą poddawane presji politycznej – i kontroli – nie tylko na rodzimych rynkach, ale również w USA.