Do tej pory Moskwa – co uznano za bezprecedensowe – nie angażowała się w politykę nad Dnieprem, zakładając, że obydwaj kandydaci – zarówno szefowa rządu Julia Tymoszenko, jak i lider opozycji Wiktor Janukowycz – gwarantują przynajmniej neutralny stosunek do Rosji w czasie swojej prezydentury.

Kijowscy analitycy są jednak przekonani, że Kreml w ostatniej chwili może postawić na Janukowycza, wywołać krótkotrwały konflikt gazowy i w ten sposób pogrzebać szanse na zwycięstwo Tymoszenko. Nowy prezydent w zamian miałby przywrócić preferowany przez Gazprom schemat handlu surowcem, w którym kluczową rolę odgrywałoby konsorcjum RosUkrEnergo (tym razem działające pod inną nazwą). W tej chwili transakcje gazowe załatwiane są bezpośrednio na szczeblu rządowym w rozmowach Tymoszenko – Władimir Putin.

Ukraina – zużywająca pięć razy więcej gazu niż Polska – niemal 80 proc. surowca sprowadza z Rosji. W ubiegłym roku Tymoszenko po raz pierwszy od lat udało się sprawnie porozumieć z Moskwą, podpisać na 20 lat kontrakt z Gazpromem i w ten sposób wykreować wizerunek polityka, który potrafi załatwiać sprawy z kłopotliwym partnerem. Problem jednak w tym, że zapisy kontraktu dają Rosjanom możliwość skutecznego naciskania na Kijów.

>>> Czytaj też: Ukraina w 2010 roku zapłaci 280 dolarów za każdy 1000 m sześc. gazu

Co prawda Władimir Putin w geście dobrej woli odstąpił (bez sprecyzowania do kiedy) od pobierania od Ukrainy opłat za zakontraktowane nadwyżki gazu (Kijów z powodu kryzysu kupuje mniej surowca, niż jest zapisane w umowie). Ukraińcy nie mają jednak złudzeń: rosyjski premier nie robi tego dla idei. Jeśli uzna, że w jego interesie jest odebranie zaległych należności, rząd Tymoszenko będzie musiał znaleźć dodatkowo kilka milionów dolarów. Albo liczyć się z zakręceniem kurka. O tym, jakie Rosja ma możliwości wpływania na wynik wyborów na Ukrainie i czy te możliwości wykorzysta, rozmawiamy z Mychajłą Honczarem, doradcą ukraińskiego prezydenta i szefa MSZ ds. bezpieczeństwa energetycznego.