– Modlimy się o jakiegoś inwestora. Niechby ktoś się pojawił i tak z tysiąc miejsc pracy stworzył, tobyśmy mogli zacząć normalnie żyć – skarży się Bożena Florek, wicedyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Bartoszycach na Mazurach, gdzie bezrobocie przekroczyło już 34 proc. Jeszcze gorzej jest w powiecie szydłowieckim (woj. mazowieckie). Tam bezrobotnych jest ponad 35 proc. mieszkańców.

Średnie bezrobocie w Polsce zwiększyło się w ostatnim roku niewiele ponad 2 pkt. proc. Jednak lokalnie sytuacja jest znacznie gorsza. Już w 90 powiatach bezrobocie przekroczyło 20 proc., choć pół roku temu w takiej sytuacji było ich 50. Są nawet takie miejsca, gdzie liczba bezrobotnych wzrosła w ciągu roku blisko dwukrotnie. – Dopiero tam widać, jak bardzo kryzys uderzył w rynek pracy – mówi ekonomistka prof. Elżbieta Kryńska.

Największe bezrobocie ma powiat szydłowiecki na Mazowszu. Gonią go bartoszycki i braniewski na Mazurach. Raz palmę pierwszeństwa dzierży jeden, raz drugi.

Czarnymi dziurami bezrobocia są już od tak dawna, że ich mieszkańcy zapomnieli, jak może wyglądać inne życie. – Wszystko zaczęło się u nas zwyczajnie: koniec PGR-u, początek bezrobocia. Granica z Kaliningradem pod nosem, więc zaczęto mrówkować. Inni znowu głównie z pomocy społecznej żyją i co najwyżej jakiś drobny handel rozkręcają oczywiście na czarno. I tak od roboty normalnej się odzwyczaili – mówi Barbara Tomczuk, która w Bartoszycach mieszka od przeszło 50 lat.

Chcielibyśmy jak w Polsce

Czterdziestotysięczny powiat szydłowiecki niegdyś najbardziej znany był z XVI-wiecznego zamku rodów Szydłowieckich i Radziwiłłów. Dziś jednak mało kto pamięta nie tylko o nim, ale także o zabytkowym murze kurtynowym otaczającym zamek. Kilka lat temu był plan, by ten mur rozreklamować i by ściągnął turystów do miasta.

Zamiast tego Szydłowiec i jego okolica cieszy się inną, niestety mniej chwalebną sławą. To miejsce z największym bezrobociem w całym kraju. Według właśnie opublikowanych danych Głównego Urzędu Statystycznego pracuje niewiele ponad 10 tys. osób, a aż 5,7 tys. jest zarejestrowanych jako bezrobotni.

– Raz jest trochę lepiej i spada nam to bezrobocie poniżej 30 proc. Kilka lat temu mało brakowało, a czterdziestkę byśmy przekroczyli – rozkłada ręce Tadeusz Piętowski, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Szydłowcu. Tłumaczy, że wszystko zaczęło się klasycznie. Przełom lat 80. i 90., padają dawne państwowe przedsiębiorstwa i spółdzielnie pracy. Te, które nie upadły, zaczynają zwalniać. W produkującym elektronikę Profelu, dawniej zatrudniającym ponad 1400 osób, ostało się ledwie 400 osób.

Drugie pokolenie bez pracy

– U nas to bezrobocie to już nawet przestało tak bardzo się w oczy rzucać. Wydaje się, że od zawsze pracowali tylko nieliczni, reszta albo na czarno coś tam sobie dorabia, albo na naszym garnuszku żyje – opowiada Józef Czerwiak, szef szydłowieckiego Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.

– W domu nikt stale nie pracował, to skąd młodzi ludzie mają wziąć wzorce? – pyta Krzysztof Nałęcz, burmistrz Bartoszyc, gdzie na 60 tys. mieszkańców pracuje niecałe 15 tys. Bartoszyce nazywane są przez swoich mieszkańców z przekąsem „początkiem Europy”. To typowe Mazury, wszędzie wokół lasy i jeziora. – To nasze największe dobro i zarazem największe obciążenie – podkreśla Nałęcz. Większość powiatu objęta jest programem Natura 2000, więc nie mogą tam powstawać zakłady przemysłowe. Głównymi pracodawcami w regionie są budżetówka i jednostka wojskowa. – Miejmy nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by ją nam zabrać – mówi burmistrz.

Bożena Florek, która jest wicedyrektorem lokalnego urzędu pracy, recytuje: – 59 proc. naszych bezrobotnych nie pracuje dłużej niż rok, 20 proc. nie ma prawa do zasiłku, 32 proc. jest bez doświadczenia zawodowego. U nas to raczej urząd bezrobocia niż pracy. Dane znam więc na pamięć.