Niemałą burzę wywołały wtorkowe wypowiedzi minister przemysłu, Marzeny Czarneckiej o rządowych planach budowy pierwszej elektrowni jądrowej. We wtorek na antenie TVP Info przyznała, iż ambicją rządu jest oddanie jej do użytku w latach 2039-2040, a niedługo później doprecyzowała, co miała na myśli.

Elektrownia atomowa z poślizgiem? Minister prostuje własne słowa

Reklama

Występując na jednym z paneli energetycznych Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, minister Czarnecka przyznała, że atomowe plany poprzedniej ekipy rządzącej były zbyt optymistyczne.

- Zakładamy rok 2040 jako uruchomienie elektrowni jądrowej ostrożnościowo. Nasi poprzednicy zakładali rok 2032 – 2033 zbyt optymistycznie. My jesteśmy realistami. To była stara data i stara strategia, teraz mamy nowe plany – mówiła szefowa resortu przemysłu.

Przesunięcie w czasie oddania do użytku kolejnej, po CPK, dużej inwestycji zmroziło specjalistów od energetyki. Zaraz zaczęły pojawiać się głosy, że jeśli nie wyrobimy się z elektrownią do 2035 roku, to Polskę czeka energetyczna katastrofa. I gdy wiadomości na temat atomowych opóźnień zaczęły rozgrzewać opinię publiczną, minister ponownie postanowiła zabrać głos i sprostować to, co powiedziała dzień wcześniej. Odpowiadając na publikację portalu Energetyka24.pl zaznaczyła, że mówiąc o roku 2039, miała na myśli całkowite zakończenie budowy pierwszej „atomówki”.

Minister Czarnecka podała też planowany harmonogram prac, który zakłada, że fizycznie budowa zacznie się w roku 2028, a 2035 oddany do użytku zostanie pierwszy blok energetyczny. Do 2039 r. włączane do sieci mają być kolejne dwa bloki.

Ceny energii elektrycznej poszybują w górę

I choć podawane daty wydają się odległe i nie u wszystkich budzą emocje, specjaliści ostrzegają, iż każde czasowe przesunięcie w oddaniu do użytku pierwszego bloku atomowego oznaczać będzie drastyczne podwyżki cen energii elektrycznej. Tłumaczą oni, że nowa elektrownia musi powstać do 2036 roku, aby zastąpić wygaszaną elektrownię na węgiel brunatny w Bełchatowie.

- Przedłużenie pracy Bełchatowa to jest ogromne uderzenie kosztowe w rynek energii w Polsce, bo będziemy mieć po prostu droższą energię elektryczną ze względu na wysoką intensywność emisji Bełchatowa i konieczność wykupywania większych ilości uprawnień – ostrzega w rozmowie z Forsal.pl ekspert do spraw energetyki, Jakub Wiech, redaktor naczelny portalu Energetyka24.

Bełchatowska elektrownia wygaszona ma być do 2036 roku, a jeśli ktoś wpadły na pomysł, aby termin ten wydłużyć, Polska straci wielkie unijne dofinansowanie.

- Chodzi głównie o to, aby wyrobić się z zamykaniem elektrowni Bełchatów, które jest zaplanowane do roku 2036. A to jest ważne, bo jeżeli nastąpi tu przesunięcie, czy jakieś zaburzenie procesów związanych z wygaszaniem Bełchatowa, to region bełchatowski traci fundusze z Unii Europejskiej przeznaczone na transformację – wyjaśnia Jakub Wiech.

Wszelkie zaś opóźnienia w uruchamianiu pierwszego bloku elektrowni jądrowej, przy jednoczesnym wygaszeniu Bełchatowa spowodują powstanie dużej luki energetycznej, której nie wypełni pąd z odnawialnych źródeł energii. Konieczny będzie import.