Niemcy oficjalnie potwierdziły chęć utworzenia Europejskiego Funduszu Walutowego. Mówił o tym w wywiadzie dla niedzielnego wydania dziennika Die Welt minister finansów tego kraju Wolfgang Schaeuble. W ten sposób ożywił krążący od tygodni w Brukseli pomysł na ustanowienie mechanizmu zabezpieczającego wspólną unijną walutę przed problemami z wypłacalnością jednego z jej członków.

– Naszym celem nie jest stworzenie konkurencji dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ale nie można już jednak wykluczyć, że dla zachowania wewnętrznej spójności w strefie euro potrzebujemy instytucji, która dysponuje doświadczeniem i możliwościami działania porównywalnymi z MFW – powiedział Schaeuble. Polityk, uważany za drugą po Angeli Merkel osobę w niemieckim rządzie, nie zdradził, jak Berlin wyobraża sobie takie rozwiązanie. – Wkrótce przedstawię konkretne propozycje – zapewnił jedynie.

MFW grozi suwerenności euro

Zdaniem ekspertów wystąpienia Schaeublego nie należy lekceważyć. – Od początku greckiego kryzysu Niemcy hołdowali zasadzie, że trzeba rozwiązać go w oparciu o istniejące instytucje i mechanizmy. – Słowa ministra to dowód, że już nikt w taki mechanizm nie wierzy – mówi nam Erik Bergloef, główny ekonomista EBOiR. Jego zdaniem w Europie toczy się dziś gra między zwolennikami tańszej opcji ugaszenia greckiej gorączki poprzez dopuszczenie Aten do pożyczki z MFW a droższym i bardziej skomplikowanym „rozwiązaniem europejskim”.

– MFW wykonał kawał dobrej roboty, ale nie można pozwolić, by na dłuższą metę los członka strefy euro zależał od tego, jakie decyzje w Waszyngtonie podejmą przedstawiciele rządów Chin czy Stanów Zjednoczonych. Tu idzie o suwerenność wspólnej unijnej waluty, która jest dziś sercem eurointegracji – argumentują zwolennicy tego drugiego posunięcia. Zalicza się do nich również niemiecki minister finansów, który przypomniał niedawno, że „Stany Zjednoczone nie kazały przecież iść bankrutującej Kalifornii po pomoc do MFW”.

Jaki pomysł na EFW?

Kluczowym filarem europejskiego rozwiązania miałoby być właśnie stworzenie Europejskiego Funduszu Walutowego. Jak w praktyce mógłby wyglądać taki mechanizm i kto finansowałby EFW? Swój pomysł na zarys struktury funduszu przestawili już w ubiegłym tygodniu liderzy Europejskiej Partii Socjalistycznej grupującej działające w UE ugrupowania lewicy. Proponują oni, by EFW działał przy strukturach Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI), który należy do wszystkich unijnych rządów i pomaga finansować najbardziej kapitałochłonne przedsięwzięcia, jak budowa autostrad czy projekty energetyczne. – Pomoc byłaby łatwo dostępna i następowałaby już na bardzo wczesnym etapie, a nie dopiero gdy – jak w przypadku Grecji – mleko już się rozlało – zachwalał pomysł szef europejskich socjalistów i były premier Danii Poul Nyrup Rasmussen. Ideę poparł m.in. prezydent Włoch Giorgio Napolitano i były premier tego kraju oraz jeden z ojców traktatu lizbońskiego Giuliano Amato.

Z kolei brukselski think tank Centrum Europejskich Studiów Politycznych (CEPS) w opublikowanej w połowie lutego analizie zaproponował model finansowania przedsięwzięcia. – Składki krajów strefy euro byłyby uzależnione nie tylko od wielkości, ale również od tego, jak często kraj łamie Pakt Stabilności i Wzrostu – czytamy w projekcie. Słowem: kto chętniej się zadłuża, ten płaci relatywnie więcej.

Pomysł budowy EFW niesie za sobą jednak wiele znaków zapytania. Eksperci wątpią np. w to, czy Europa po mozolnym przepchnięciu traktatu z Lizbony ma dziś wystarczająco dużo woli politycznej, by forsować w UE nowe zmiany instytucjonalne. – Chodzi też o najbardziej fundamentalne zagrożenie: jak sprawić, by EMF nie przekształcił się szybko w ATM (czyli bankomat – red.), z którego kraje finansują swoje życie na kredyt – mówi nam Fredrik Erixon, szef brukselskiego instytutu ECIPE.