Dziś rzecz rozbija się o 5,5 mld zł dotacji, które Polska może stracić, jeżeli zamiast budżetu na 2011 r. obowiązywać będzie prowizorium. Rząd boi się, że to dopiero przygrywka do poważniejszych cięć. W następnym okresie rozliczeniowym 2013 – 2020 możemy otrzymać nawet 20 mld mniej. Skandal. Nie dajmy się. Wyrwać. Nie pozwolić. Na ostatnim spotkaniu z mediami premier Tusk mówił nawet coś o racji stanu, narodowym interesie...

Polska jest dziś największym beneficjentem unijnej pomocy. Z tych pieniędzy, choć opornie, ale budowaliśmy drogi, oczyszczalnie, dofinansowaliśmy działalność wielu pożytecznych przedsięwzięć. Ogromny skok cywilizacyjny dokonał się na polskiej wsi. Dziękujemy, ale też mamy świadomość, że odwdzięczyliśmy się Europie nowymi rynkami zbytu, tańszą żywnością i zasobami fachowej siły roboczej. Wszyscy, którzy mieli jednak styczność z unijnymi funduszami, wiedzą, jak ekstensywnie wydawane są te pieniądze. Każda złotówka przechodzi przez wielowarstwowe sito biurokracji. Niektóre programy toną w tłuszczu administracji. Koszty obsługi i zarządzania funduszami dochodzą do 40 proc. wartości projektu. Wyhodowaliśmy sobie całą armie ludzi, ba!, powstały nawet kierunki na wyższych uczelniach specjalizujące się w wypełnianiu wniosków. Właściwie we wpisywaniu fikcyjnych pozycji i naciąganiu kosztów, żeby wyłudzić dodatkowe pieniądze.

Nie wszystkie inwestycje UE przynoszą korzyści biznesowi i rynkowi. Urzędnicy Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości i Ministerstwa Rozwoju Regionalnego niemający pojęcia o biznesie całą swoją energię koncentrują na pilnowaniu rubryk, przecinków, a nie na wykonaniu założonych projektów. System zamiast biznesu uczy wielu młodych ludzi cwaniactwa: jak tworzyć sztuczne koszty, jak manipulować nazewnictwem, żeby urzędnicy nie zorientowali się, jak naprawdę wykorzystamy te pieniądze. W tym dotowanym biznesie nikt nie rozliczy ich z wyniku finansowego. Co najwyżej z kłaniania się urzędniczemu widzimisię.

Ze swojej strony urzędnicy nie dotrzymują słowa. Nie wypłacają pieniędzy na czas. Opóźnienia PARP przekraczają granice przyzwoitości: 9 – 10 miesięcy to norma. Procedura rozliczania dokumentów przypomina ociężałą pracę poczty, a nie profesjonalnych audytorów. Czepianie się koloru papieru, liternictwa na pieczątkach i jakości odbitek. Pół biedy, kiedy chodzi tylko o kosmetykę. Przedsiębiorcy ponoszą konkretne straty. Na pokrycie swoich zobowiązań i wypłaty muszą zaciągać nieplanowane kredyty, blokując płynność instytucji i inne plany rozwoju. Po korowodzie w PARP wnioski wędrują teraz do dodatkowej kontroli Ministerstwa Finansów, które chce być pewne, że firmy są godne wsparcia.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że administracja państwowa znalazła sposób na ratowanie swoich finansów i kontrolowanie doraźnych wydatków, których w inny sposób nie potrafi opanować. Pieniądze przyznawane przedsiębiorcom stają się jeszcze jednym kołem ratunkowym chroniącym budżet przed przekroczeniem progu ostrożnościowego 55 proc. deficytu PKB. Czy to jest nasza racja stanu?

Europa się nie rozpada. Wyczerpuje się dotychczasowy socjalno-roszczeniowy model. Wielka Brytania, Niemcy, Holandia, Francja reformują swoje własne finanse publiczne, tną świadczenia socjalne, urealniają wydatki. I tego samego żądają od reszty Wspólnoty. Bańka dotacji musi pęknąć. Wtedy przeżyją nie ci, którzy głośniej krzyczeli: „Niesprawiedliwość”, ale ci, którzy szybciej otrząsną się z narkotycznego uzależnienia od dotacji. Powrót do realnej gospodarki rynkowej to nasza racja stanu. I im szybciej zaczniemy czytać znaki dymne wypuszczane przez Niemców i Brytyjczyków, tym większe mamy szanse przeżycia w nowej Europie.