Irlandia to po Grecji kolejny kraj, który zostanie uratowany przed bankructwem przy pomocy pieniędzy Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Czy ta interwencja może ugasić trawiący Europę od kilku miesięcy kryzys zadłużeniowy?

>>> Polecamy: Strefa euro przed wielką próbą. Przetrwa czy upadnie?

Absolutnie nie. Na razie dług jest po prostu przesuwany na kolejne poziomy. Zaczęło się dwa lata temu, gdy pękły bańki na zachodnich rynkach nieruchomości. Wówczas dług prywatny został przerzucony na barki społeczeństwa, bo jego eksplozja zagrażała stabilności systemu bankowego, który jest przecież krwiobiegiem realnej gospodarki. Ale koszty bankowych bailoutów i pakietów stymulacyjnych szybko zaczęły przekraczać wypłacalność kolejnych krajów. Dlatego ich dług musiał zostać po raz kolejny przesunięty, tym razem na ponadnarodowych suwerenów: UE i MFW. To dowodzi jednego: niespłacone wierzytelności, które zostały po kryzysie, wcale nie zniknęły. One wciąż tam są. Problem polega tylko na tym, że MFW i UE też kończą się pieniądze. A nad nimi nie ma już niestety żadnych przybyszów z Marsa czy Księżyca, którzy mogą uratować ratujących.

>>> Czytaj też: Roubini: Półwysep Iberyjski będzie następny w kolejce po unijną pomoc

Co to oznacza w praktyce?

Najpierw pieniądze dostały Węgry i Rumunia. Potem uratowano Grecję i Irlandię. Teraz wszystko wskazuje na to, że wkrótce o pomoc poprosi także Portugalia. Portugalczycy nie doświadczyli wprawdzie takiej bańki na rynku nieruchomości jak Irlandia, ale wiele ich łączy na przykład z Grekami: wysoki deficyt budżetowy, utrata konkurencyjności gospodarki i poważne problemy z powrotem na ścieżkę wzrostu. Dlatego scenariusz dla Portugalii na najbliższe miesiące może wyglądać tak samo jak kilka miesięcy temu w przypadku Grecji: gospodarka nie wraca na ścieżkę wzrostu, więc wśród inwestorów narasta panika, każdy chce się wycofać, zanim dostanie po kieszeni. To z kolei powoduje rozjeżdżanie się portugalskich spreadów i podwyższa koszty istniejącego długu. Lizbonie zaczyna brakować płynności finansowej, więc prosi o pomoc. Unia i MFW się zgadzają. Ale to właściwie... ostatni akt działalności Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego w obecnym 750-miliardowym kształcie. Na pomoc dla kolejnych krajów pieniędzy już nie wystarczy.

Może nie będzie następnych?

Przeanalizujmy sytuację na trzeźwo. 46-milionowa Hiszpania miała wielką bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości i popadła w olbrzymie bankowe długi. Wcale nie mniejsze od tych irlandzkich. Do dziś rząd w Madrycie nie podał końcowego kosztu pomocy dla instytucji finansowych. Problemów branży dowiodły choćby przeprowadzone latem stress testy (których nie zdało kilka hiszpańskich kas oszczędnościowych, tzw. cajas – red.). Do tego dochodzą najwyższe w Europie bezrobocie, duży spadek produktywności, czyli konkurencyjności hiszpańskiej gospodarki w ostatnich latach. Szanse na powrót wzrostu, a więc naturalnego sojusznika w walce z nadmiernym zadłużeniem, są mizerne. Wiedzą o tym inwestorzy. Tymczasem dług Hiszpanii przekracza już bilion euro i jest ponad trzy razy wyższy niż grecki. MFW nie ma tyle pieniędzy. Niemcy, główny sponsor unijnego bailoutu, i tak miały olbrzymie problemy z przeforsowaniem poprzednich 750 mld. A najgorsze jest to, że nawet podwojenie tej sumy nie będzie w stanie zrekompensować Hiszpanii odcięcia od rynków finansowych. W pewnym momencie cała ta konstrukcja pęknie, bo nawet kasy MFW i kieszenie niemieckiego podatnika mają swoje granice.

Co wtedy?

Prędzej czy później trzeba będzie sobie powiedzieć: nawet członek strefy euro może zbankrutować. Dojdzie wtedy do restrukturyzacji jego długu. Będzie bolało. Zarówno dłużnika, jak i wierzyciela. Ten pierwszy musi się liczyć z utratą zaufania rynków i kilkuletnią recesją, ten drugi ze stratą części pożyczonych bankrutowi pieniędzy. Niewypłacalność ma jednak jedną podstawową zaletę. Pozwala zacząć na nowo.

Bankructwo w Eurolandzie na naszych oczach przestaje być tematem tabu. Niemcy zapowiadają przedstawienie mechanizmu kontrolowanej upadłości, który ma obowiązywać po roku 2013.

Jeśli Europa pracuje nad jakimiś nowym, cudownym antidotum na fale bankructw, musi pokazać szczegóły już teraz, a nie poprzestawać na ogólnych zapowiedziach. Moim zdaniem nie potrzeba żadnego nowego mechanizmu. Istnieją już rynkowe modele przeprowadzania restrukturyzacji państwowego zadłużenia na zasadzie zwykłej licytacji wierzytelności. Zrobiły to w przeszłości na przykład Ukraina, Pakistan czy Urugwaj. Nie ma powodu, dla którego tą samą drogą nie mogą pójść Grecja, Irlandia czy Portugalia. Oczywiście pozostają pytania o technikalia, np. czy zostaną użyte tzw. collective action clauses (czyli zasada, że najwięksi akcjonariusze mogą się zgodzić na restrukturyzację całego długu, nie pytając o zdanie mniejszych inwestorów – red.). Trzeba na nie szybko odpowiedzieć.

Co poradziłby pan szefom rządów krajów pogrążonych w kryzysie zadłużeniowym?

Od początku kryzysu ich pole manewru jest mocno ograniczone. Między 2008 i 2009 rokiem nie mieli właściwie innego wyjścia niż wstrzyknięcie gotówki w banki i ożywienie koniunktury. Teraz gdy zwiększenie wydatków zaowocowało eksplozją deficytów, też właściwie nie mają wyjścia: muszą ciąć wydatki i podnosić podatki. Zwłaszcza że na głowie siedzą im UE i MFW. Oczywiście wszystkie strony są świadome, że wybieramy między złym i fatalnym rozwiązaniem. Zaciskanie pasa pozwala inwestorom zobaczyć światełko w tunelu, ale odbywa się kosztem podcinania popytu wewnętrznego, a więc i wzrostu gospodarczego, bez którego nie ma szans, by wyjść na prostą. To błędne koło, z którego trudno się wyrwać. W tej sytuacji można się pokusić jedynie o kilka drobnych rad: na przykład ci, którzy już mają wysokie podatki, muszą raczej ciąć wydatki, a nie brać się za uderzanie biznesu i obywateli po kieszeni. Albo że oszczędności powinny być raczej realizowane w drugiej połowie okresu zaciskania pasa. Ale to wszystko kosmetyka. Ostatecznie przepowiednia jest pesymistyczna: prawdopodobieństwo, że w ciągu najbliższych 2 – 3 lat UE przybędzie przynajmniej jeden bankrut, wydaje się dziś większe niż kiedykolwiek. I mimo dobrych chęci ani Bruksela, ani MFW nie będą w stanie temu zapobiec.