Odruchowy niemal powód tego niepokoju czy wręcz oburzenia to pieniądze. Biorą i nic nie robią, nawet siedzieć na obradach im się nie chce, wałkoniom! My, ludzie ciężkiej lub średnio ciężkiej pracy, nie możemy się na to godzić bez oburzenia. A fakt, że podobne zjawisko występuje we wszystkich demokracjach, wcale nas nie pociesza, a co rozumniejszych tym bardziej zasmuca, bo świadczy o tym, że coś jest źle z całą zasadą reprezentacji.

Posłowie, których ostatnio pytałem o to, odpowiadali – całkowicie słusznie z ich punktu widzenia – że przecież liczy się tylko głosowanie i wtedy większość z nich jest na sali. Fakt, liczy się tylko maszynka, i to maszynka, której działanie można przewidzieć z niemal stuprocentową pewnością, jeżeli jest w miarę stabilna większość parlamentarna.

Jednakże sytuacja taka nie ma nic wspólnego z ideą parlamentaryzmu, wprowadzaną w życie co najmniej od XVIII wieku, ideą niegłupią, jaka stanowi podstawę naszej demokracji. Taka sytuacja ma się również nijak do powagi i władzy ciała ustawodawczego, a ponadto posłowie i senatorowie są naszymi reprezentantami, a zatem lekceważąc swoje obowiązki, lekceważą wyborców, czyli polskie społeczeństwo.

O co chodziło w idei parlamentaryzmu? Otóż o to, żeby posłowie prowadzili oświeconą debatę, dochodzili do sensownych, możliwie najlepszych konkluzji oraz działali jawnie, po to żeby społeczeństwo, a co najmniej jego chętni członkowie, mieli okazję do nabywania edukacji politycznej. Przy okazji tej debaty posłowie wygłaszali przemówienia, których spora część przeszła do historii jako arcydzieła myśli politycznej i literatury zarazem. Pojęcie oświeconej debaty brzmi dzisiaj w odniesieniu do Sejmu (i nie tylko) humorystycznie, wyobrażenie jakiejkolwiek debaty jest w ogóle niewyobrażalne, zarówno dlatego że posłowie nie umieją mówić, dlatego że nie chcą się dogadać, jak i dlatego że mają często minutę na swoje wystąpienie. W związku z tym Sejm debatujący przekształcił się w Sejm głosujący. A o literackich walorach i sławnych wystąpieniach nie ma nawet co mówić.

Nie dziwota, że nie mamy poczucia najmniejszego związku z naszymi posłami, i nie dziwota, że nie słyszymy znakomitych retorycznie wystąpień parlamentarnych, które potem są publikowane w obszernych tomach i wspominane przez kolejne pokolenia. Na pytanie, czemu tak jest, można dać proste odpowiedzi: posłów jest za dużo, spraw mają za dużo, partie rządzą także w Sejmie, a maszynka do głosowania to jedyna forma poważnej poselskiej aktywności, wreszcie idzie tylko o to, żeby mieć swoje dwie minuty w mediach. Jak się dobrze zastanowić, to właściwie posłów w ogóle mogłoby nie być. Można sobie doskonale wyobrazić parlament wirtualny w Polsce czy w innych demokracjach. Po wyborach wiadomo, ile dana partia ma mandatów. Mandaty to żetony, które rzucamy do wirującej ruletki, tyle że wynik jest z góry znany. Dzięki temu trochę by było oszczędności, a przede wszystkim reguły gry byłyby jasne i nie próbowano by nas nabierać, że się coś robi w parlamencie w naszym interesie. Mielibyśmy poczucie, że na czas pewien wszystko jest załatwione, chyba że zdarzyłby się wypadek przy pracy, stół by się przechylił i potrzebne by były nowe wybory, a potem znowu to samo, tyle że rozdział żetonów nieco inny.

Jednak pamiętamy Monteskiusza i jego znakomity pomysł trójpodziału władzy. Owszem, pamiętamy, ale dobra pamięć nie ma wpływu na politykę i sądzę, że ideę reprezentacji trzeba będzie solidnie podreperować, o ile posłowie na to pozwolą. I tu się koło zamyka.