Chiński filozof Lao Tzu w VI wieku p.n.e. głosił, że „ci, którzy wiedzą, nie przewidują, zaś ci, którzy przewidują, nie mają wiedzy”. Dziś jest inaczej. Ekonomistom nie brakuje wiedzy, jednak prognozują. Często źle.

Według GUS produkcja przemysłowa wzrosła w sierpniu w skali roku o ponad 8 proc., gdy ekonomiści przewidywali 2,7 – 3 proc. Było więc trzy razy lepiej. Sierpniowe dane zabiły wszystkim ćwieka i znów postawiły pytania o sprawdzalność prognoz. Tym bardziej że od kilku miesięcy mamy falę pesymizmu i zapowiedzi pogorszenia koniunktury. Wielu analityków zaczęło kwestionować możliwość osiągnięcia w tym roku wzrostu na poziomie 4 proc. PKB, a w przyszłym miałoby być jeszcze gorzej. Nawet premier Tusk przed publikacją danych za II kwartał zabawił się w prognostę i oszacował wzrost PKB na 3,5 – 4 proc. Było 4,3 proc. Jest więc spowolnienie czy nie?

Zresztą jak tu rozsądnie prognozować, gdy dane wydają się sprzeczne. Weźmy eksport. Kilka dni temu GUS podał, że w lipcu wzrósł o 5,5 proc. w skali roku, co było najgorszym wynikiem od 18 miesięcy. Tymczasem ostatnie świetne dane o produkcji przemysłowej bazowały głównie na rozpędzonych działach eksportowych.

Wygląda na to, że z prognozami gospodarczymi jest jak z sondażami wyborczymi – też nie wiadomo, dlaczego rozmijają się z rzeczywistością. Może to zła metodologia, a może ankietowani nie mówią prawdy.

Mylą się nie tylko polscy analitycy. Niedawno wpadkę zaliczyli Niemcy, gdy w lipcu spodziewali się wzrostu tamtejszej produkcji przemysłowej o 6,5 proc. rocznie, a wyniósł on aż 10 proc. Największa pomyłka odnośnie Polski przytrafiła się Komisji Europejskiej, która prognozowała 1,4 proc. spadku PKB w 2009 roku. Rok ten zakończyliśmy ze wzrostem 1,7 proc.

W czasach turbulencji gospodarczych trafić w dziesiątkę szczególnie trudno. W 2009 roku Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi wrocławskiej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej zbadało sprawdzalność ocen sytuacji gospodarczej w Polsce. Wynik był zaskakujący. Trafność przewidywania analityków nie odbiegała znacząco od prognoz grupy wybranych losowo laików. Różnica była tylko jedna. Analitycy deklarowali, że są pewni swoich przewidywań, zaś osoby nieznające się na ekonomii – nie. Pomysł nie był nowy. W 1988 roku dziennik „The Wall Street Journal” zaprosił wybitnych analityków giełdowych do rywalizacji z małpą, która losowo wybierała spółki. Człekokształtna pokonała połowę ekspertów.

Niestety, sprawa jest poważna, bo na prognozach firmy budują budżety i plany inwestycyjne. Czasem celowo podaje się mało prawdopodobne prognozy. Resorty finansów dzięki zaniżonym wskaźnikom mogą się chwalić lepszymi niż spodziewane efektami. Gorzej, gdy robią to banki inwestycyjne, by po zasianiu paniki przeprowadzić spekulacyjny atak na walutę czy na giełdzie. Niektóre instytucje finansowe, jak np. Saxo Bank, z szokujących prognoz uczyniły taktykę na wypromowanie się. Nie sprawdzą się, trudno, nikt na to nie zwróci uwagi. Ale jak się sprawdzą, wszyscy będą mówić tylko o nich.