Od kilku dni złoty daje pokaz siły wobec euro i umacnia się w stosunku do dolara. W ciągu ostatniego tygodnia euro potaniało o 7 gr., zaś dolar o 8 gr. Bariera 4,10 zł za euro – która miała być granicą nie do przejścia – pękła w ciągu jednej sesji, w ostatni piątek. Wczoraj za euro płacono już niespełna 4,06 zł, dolara wyceniano poniżej 3,27 zł. Cieszą się też posiadacze kredytów we frankach. Wobec tej waluty złoty się umocnił o prawie 6 gr. Za franka płacono wczoraj prawie 3,37 zł.

– Do 4 zł za euro w tym tygodniu raczej nie dojdziemy. Czeka nas raczej mała stabilizacja – mówi Marek Rogalski, analityk DM BOŚ. Jego zdaniem, żeby złoty dalej się wyraźnie umacniał, potrzebna jest jakaś decyzja Europejskiego Banku Centralnego, której skutkiem byłby spadek napięcia na rynku długu krajów strefy euro. Rynek bardzo liczy na interwencyjny skup obligacji niektórych krajów Eurolandu przez EBC. Ale decyzje jak dotąd nie zapadły.

– Mam nadzieję, że to, co teraz obserwujemy na złotym, to początek dłuższego trendu. Rynek wierzy, że największe banki centralne będą działać, by pobudzić globalną gospodarkę. Gdyby do tego doszło, na koniec roku mielibyśmy euro po 3,90 zł, a dolara za około 3 zł – uważa Marek Rogalski.

Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK, przyznaje, że skala umocnienia złotego z ostatnich tygodni jest zaskakująco duża.

– Ale za wcześnie, by powiedzieć, że złoty teraz to już będzie tylko zyskiwał na wartości – dodaje ekonomista i studzi oczekiwania na kolejne wyraźne umocnienie złotego.

– Osłabienie złotego jeszcze zawita do nas, bo kryzys zadłużeniowy w Europie nie raz jeszcze o sobie przypomni. Polski rynek nie jest bezpieczną przystanią, nasza gospodarka nie jest odporna na problemy w Europie, spowolnienie będzie wyzwaniem dla polityki fiskalnej. To wszystko może mieć wpływ na złotego – ocenia Piotr Bielski.

To niedobrze, bo mocny złoty załatwiłby – przynajmniej częściowo – problem wysokiej inflacji. Przy korzystnym kursie ceny towarów importowanych spadają. A firmy mają niższe koszty produkcji, bo mniej płacą za surowce. Na przykład za paliwa. A to w konsekwencji ma wpływ na ceny produkowanych przez nie produktów. Piotr Kalisz z Banku Citi Handlowy mówi, że mocny złoty musiałby pozostać stabilny na tym poziomie przynajmniej dwa – trzy miesiące. Dopiero po takim czasie importerzy nie mogliby ignorować zmian kursu i musieliby dostosować do niego ceny.

– To zrekompensowałoby wcześniejsze wzrosty cen żywności. Jednak ostatnie umocnienie trwa zbyt krótko, by miało większe znaczenie – twierdzi ekonomista. Dlaczego? Bo przedsiębiorcy będą przede wszystkim starali się podnieść swoje marże, by powetować wcześniejsze straty na osłabieniu złotego.

Jest jeszcze jeden problem: duża część polskiego importu rozliczana jest w dolarach. Dotyczy to np. paliw. A wobec dolara złoty nie umocnił się tak wyraźnie jak względem euro. Licząc od początku roku, złoty zyskał niewiele ponad 5 proc. do dolara, do euro jest to zaś prawie 10 proc. Efekt? Choć ceny ropy na rynkach światowych spadały w pierwszej połowie roku w przeliczeniu na złote, ruch był niewielki. Stąd wyraźnego spadku cen na stacjach paliw nie było. Marcin Mrowiec, ekonomista banku Pekao, mówi, że jednak widać pozytywny wpływ spadku cen surowców na koszty produkcji. Na przykład w ostatnich badaniach PMI, gdzie wskaźnik kosztów produkcji po raz pierwszy od trzech lat pokazał spadek średnich cen środków produkcji. Ekonomista jednak też jest sceptyczny w ocenie wpływu umocnienia złotego na spadek inflacji. Przypomina, że to, co miałoby złotego wzmacniać – czyli tzw. ilościowe poluzowanie polityki pieniężnej w największych bankach centralnych – mogłoby jednocześnie spowodować wzrost cen surowców. Światowa gospodarka przerabiała to już w 2010 i 2011 roku.

– Nie zmieniamy naszego scenariusza dla inflacji. Przy założeniu, że złoty się jednak osłabi, inflacja powinna się utrzymać powyżej 4 proc. do października. Potem może spadać ze względu na efekt wysokiej bazy do 3,5 proc. na koniec roku – prognozuje Marcin Mrowiec.

Nawet jeśli złoty rzeczywiście będzie słabł, to nie zagrozi to przekroczeniem przez dług publiczny progu 55 proc. PKB. Piotr Kalisz jest zdania, że musiałoby dojść do jakiejś katastrofy – np. wzrostu kursu względem euro do 5 – 5,20 zł.

– Rynek nie zwraca zbyt dużej uwagi na problem długu. Jest on mniejszy niż w ubiegłym roku. Nasza prognoza to dług na poziomie 51,7 proc. PKB. Jest szansa, że będzie mniej – szacuje ekonomista Citi Handlowego.

Frank szwajcarski tanieje. Wczoraj kosztował 3,37 zł.