Wydziały prawa i administracji broniły się w ciągu ostatnich dwudziestu lat jak w okopach św. Trójcy przed rozbiciem toku studiów na dwa etapy – zgodnie z kartą bolońską, co w praktyce w polskich warunkach oznacza podział na studia licencjackie i magisterskie.

Obecnie wydziały z uprawnieniami do habilitowania nauczycieli akademickich mogą samodzielnie tworzyć kierunki studiów z własnymi programami, co oznacza, że przynajmniej w uczelniach publicznych może dojść do zmian rewolucyjnych.

W trochę gorszej sytuacji są te wydziały prawa czy te uczelnie, które nie mają prawa habilitowania, ale to też nie jest przeszkoda nie do pokonania – w tym ostatnim wypadku konieczne będą odpowiednie zgody ministerialne na wprowadzenie indywidualnych programów uczelnianych.

Kilka naszych uczelni już zapowiedziało daleko idące zmiany swoich programów – między innymi wprowadzenie studiów II stopnia z możliwością przyjmowania na nie także absolwentów innych kierunków studiów. Widać tu wyraźnie inspirację amerykańskim systemem studiów. Pamiętać jednak trzeba, że europejskie studia licencjackie to absolutnie co innego niż amerykański college.

W Stanach Zjednoczonych na studia prawnicze, które tam są studiami II stopnia, łatwo się kandydatów nie przyjmuje. Trzeba bowiem najpierw po ukończeniu college’u zdać odpowiedni egzamin LSAT (The Law School Admission Test), organizowany cztery razy do roku przez specjalną organizację utworzoną przez ponad 200 największych szkół prawa w Stanach, Kanadzie i Australii. Do takiego egzaminu nie podchodzi się z marszu. Przyszli studenci najczęściej biorą specjalne kursy, które do tego egzaminu przygotowują – oczywiście kursy płatne, podobnie zresztą jak egzamin, który oczywiście nie jest egzaminem wstępnym w naszym rozumieniu, ale bez zdania którego i to na odpowiednim poziomie takie studia nie są po prostu możliwe. Już widzę podobne porozumienie w takiej sprawie między naszymi uczelniami...

Będzie świetnie, jeśli w przyszłości na studia prawnicze II stopnia w Polsce przyjdą inżynierowie, lekarze, a jeszcze lepiej, gdyby trafili na nie ekonomiści, absolwenci wydziałów zarządzania, politolodzy itd. – pod warunkiem że będą mieli za sobą sprawdzoną akademicko wiedzę z rudymentarnych przedmiotów tworzących kanon podstawowego wykształcenia prawniczego.

Myślę tu o teorii i filozofii prawa, logice, historii prawa i ustrojów, historii doktryn politycznych i prawnych. Swego czasu z programów studiów prawniczych zaczęła znikać tu i ówdzie ekonomia. Przyznam się szczerze, że nie wyobrażam sobie, jak można cokolwiek zrozumieć z istoty instytucji prawnych bez znajomości przynajmniej podstaw ekonomii.

Jeśli uznamy, że wiedza o zobowiązaniach oraz o własności w rozumieniu prawa cywilnego to niejako fundament rozumowania prawniczego, to jak w tym świecie można się w ogóle poruszać bez bezpośrednich odniesień ekonomicznych? To jest oczywiście możliwe, ale chyba tylko z pomocą białej laski.

Takich ślepców prawniczych spotykamy współcześnie bez liku. Pełno ich na stanowiskach prokuratorskich i sędziowskich czy wśród adwokatów, radców prawnych. Co rusz słyszymy, że skomplikowane śledztwa toczą się długo, ponieważ prokuratorom brakuje wiedzy o problemach ekonomicznych – nawet sami prokuratorzy bez ogródek to przyznają. To jest właśnie efekt kształcenia w ostatnich dziesięcioleciach prawników według okrojonych programów, sprowadzonych do dyscyplin opartych wyłącznie na rzeczywistości normatywnej.

Nie należy jednak z tego wszystkiego, co napisałem wyżej, wyciągać wniosku, że jestem przeciwnikiem dwustopniowych studiów prawniczych. Przeciwnie – jestem entuzjastą takiego rozwiązania. Ale na prezentację mojego na ten temat spojrzenia z perspektywy kogoś, kto zakończył już swoją zawodową, prawniczą aktywność, dziś już miejsca nie starczy. Może innym razem..

Świetnie, jeśli na studia II stopnia przyjdą inżynierowie czy lekarze – pod warunkiem, że będą mieli sprawdzoną podstawową wiedzę prawniczą