W najbliższych miesiącach bezrobocie jako konsekwencja spowolnienia gospodarczego będzie rosło. O ile nie sposób zmienić kierunku, w jakim będzie zmierzał ten wskaźnik, o tyle możemy mieć wpływ na jego skalę. Skuteczność działań jest proporcjonalnie odwrotna w stosunku do powszechnego w Polsce myślenia na ten temat. W tej części Europy, która obecnie znajduje się w recesji, bezrobocie sięga rekordowych poziomów, z hiszpańskimi 25 procentami na czele. Dzisiaj, obserwując doświadczenia krajów wydawałoby się bogatszych w wiedzę, można śmiało wyciągnąć wnioski również dla Polski dotyczące tego, co działa, a co nie. I ewidentnie widać, że najważniejsza jest… elastyczność.

Jeśli system gospodarczy, a w tym w szczególności regulacje dotyczące rynku pracy są sztywne, to w okresach zmian gospodarczych nie są w stanie odpowiednio zareagować na zmieniającą się rzeczywistość. W krajach Południa, a w szczególności w Hiszpanii, we Włoszech czy w Grecji, prawo chroni pracowników i nie daje zbyt wielu możliwości na zmianę warunków zawartych wcześniej umów w reakcji na zmiany zachodzące w otoczeniu. Pracodawca wtedy ma zerojedynkowe pole do decyzji: może pracownika zwolnić lub nie. Jeśli popyt na wytwarzany przez dane przedsiębiorstwo towar nagle spada, to następuje seria zwolnień znacznie większa niż w przypadku rozwiązań elastycznych. Te drugie polegają na tym, że pracownik z pracodawcą mają możliwość zmiany warunków wcześniej podpisanych umów w taki sposób, aby pracownik zachował pracę, a pracodawca był w stanie dostosować koszty do nowych warunków. Ten drugi wariant całkiem sprawnie zadziałał w Polsce w poprzedniej odsłonie kryzysu. Chodzi mianowicie o to, aby kontrakt na pracę można było kształtować (za porozumieniem obu stron) w sposób płynny. Prawdziwe związki zawodowe, te znajdujące się na terenie prywatnych przedsiębiorstw, będąc prawdziwą reprezentacją załogi, miały pełną świadomość dylematu, który przed nimi stoi. Inaczej ze związkami w molochach państwowych lub też ogólnokrajowymi centralami związkowymi, tam rzadko kiedy chodzi o interes pracownika, a zwykle o interes centrali. Do uszu większości łatwiej trafiają hasła o potrzebie ratowania miejsc pracy (tak jakby były one do uratowania) aniżeli hasło elastyczności. W Polsce nawet do niektórych tego typu rozwiązań przylgnęła nazwa umów śmieciowych. Rzeczywiście pozostawanie przez lata na tego typu kontrakcie jest niekorzystne dla pracownika. Ale to nie oznacza, że należy wylewać dziecko z kąpielą. Takie rozwiązania są niezbędne w okresie spowolnienia lub też w przypadku prac sezonowych. Ich brak przyczynia się do wysokiego bezrobocia i powiększania obszaru szarej strefy. Świat będzie dążył do odetatyzowania stosunków pracy, można tym procesem sterować, aby uczynić go jak najbardziej cywilizowanym, lub też nie dostrzegać problemu i upierać się przy status quo.

Drugim powszechnym w myśleniu sposobem zmniejszania bezrobocia są aktywne formy jego zwalczania finansowane ze środków publicznych. I znów, wydawałoby się, że nie ma nic bardziej sensownego w zakresie działań państwa. Tyle że wszelkie badania zarówno międzynarodowe, jak i polskie wskazują na to, że rzadko kiedy takie programy są skuteczne. Zwykle nakład środków jest nieproporcjonalny do uzyskanego efektu. A w większości przypadków miejsca pracy tworzone są wyłącznie w okresie funkcjonowania programu, a po jego zakończeniu znikają. Co więcej, często zdarza się też tak, że powstałe subsydiowane miejsce pracy zabiera miejsce pracy obok, czyli u przedsiębiorcy, który wsparcia takiego nie dostał. Ta krytyka nie oznacza wcale, że jakiekolwiek wydawanie pieniędzy publicznych na ten cel nie ma sensu. Może być to wręcz niezbędne, gdy następuje nagłe załamanie rynku, które ma charakter przejściowy. Pytanie tylko, jak zdefiniować, czy załamanie ma charakter przejściowy, czy nie. Niemniej cel jest prosty, podtrzymać przez pewien czasu miejsca pracy, tak aby wstrząs dla rynku pracy nie okazał się zbyt duży, a w przypadku perspektywy odbicia nie było konieczne ponoszenie kosztów procesu zwolnień i ponownego zatrudniania.

Lekcje z załamania na rynkach pracy Południa są bardzo bolesne. Wystarczy jeszcze dodać, że prawie połowa młodych Hiszpanów nie ma pracy. Poziom bezrobocia w tym kraju to efekt głębokiej korekty nadmiernego boomu mieszkaniowego z poprzedniej dekady. Musiał wzrosnąć, ale nie do aż takich rozmiarów. Hiszpania dopiero teraz wprowadza elastyczniejsze rozwiązania na rynku pracy, aby ten problem społeczny zminimalizować. Uczmy się na cudzych błędach, a nie na własnych.