W II kw. 1,6 mln Polaków przekroczyło granicę z Rosją, Ukrainą i Białorusią. Było ich o ponad 18,6 proc. więcej niż przed rokiem – wynika z badań Urzędu Statystycznego w Rzeszowie. Mieszkańcy naszego kraju wybierali się tam głównie na zakupy. W tym celu udało się na Wschód 86,1 proc. rodaków. Z kolei w odwiedziny 5,6 proc., w celach turystycznych 4,8 proc., a w związku z pracą 2,2 proc. Co ważne, aż 60,8 proc. z nich było mieszkańcami miejscowości zlokalizowanych w odległości do 50 km od granicy. Mogli więc podróżować bez wiz w ramach umowy o małym ruchu granicznym z Rosją.

Z danych urzędu wynika, że zakupy Polaków dokonane u sąsiadów od kwietnia do końca czerwca osiągnęły wartość 179 mln zł i wzrosły w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 14,4 proc. Były jednak aż ponad jedenastokrotnie mniejsze od wydatków gości ze Wschodu, o których pisaliśmy we wtorek.

>>> Czytaj również: Benzyna z Kaliningradu powodem konfliktu samorządowców z celnikami

Polacy za zewnętrzną granicą Unii Europejskiej najwięcej wydają na paliwo. W II kw. te wydatki pochłonęły aż ponad 78,3 proc. całej kwoty, jaką rodacy zostawili u wschodnich sąsiadów. Na drugim miejscu w tym rankingu znalazł się alkohol. Na niego przypadło 7,7 proc. wydatkowanych pieniędzy. Z kolei na wyroby cukiernicze 3,8 proc., a na papierosy 2,5 proc. Aż 94,3 proc. wydatków Polaków za granicą poniesionych zostało w pasie do 50 km od granicy. Przy tym zdecydowana większość osób wyjeżdża za granicę i powraca w ciągu jednego dnia.

Urząd Statystyczny w Rzeszowie oszacował, że w pierwszym półroczu Polacy wydali na Wschodzie 347,3 mln zł – o 23,1 proc. więcej niż przed rokiem. Jeśli ta dynamika się nie zmieni w następnych miesiącach, to w całym roku rodacy zostawią w sklepach i placówkach usługowych w Rosji oraz na Ukrainie i na Białorusi ok. 800 mln zł. Znaczna część tej kwoty wróci jednak z nawiązką do portfeli tych, którzy dokonali zakupów. Bo wielu Polaków robi je głównie z myślą o zarobku po powrocie do kraju, gdyż odsprzedaje pokątnie nabyte towary, które są znacznie tańsze niż oferowane nad Wisłą w oficjalnym handlu.

– Wprawdzie takie praktyki są nielegalne, ale pozwalają się utrzymać dużej grupie osób, z której część nie ma innego zajęcia, ponieważ o pracę jest bardzo trudno przy wysokim bezrobociu, które szczególnie mocno dotknęło regiony wschodnie naszego kraju – ocenia Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank.