Różnica w kursie kupna i sprzedaży ma zasadnicze znaczenie dla walutowych kredytobiorców, którzy po cenie sprzedaży nabywają od banku franki, euro lub dolary na spłatę rat.

Ograniczenie spreadów było podstawowym elementem przedstawionego pod koniec stycznia przez Związek Banków Polskich pakietu działań, których celem miała być poprawa sytuacji frankowiczów. Część banków zapowiedziała, że te swego rodzaju opłaty za wymianę walut zmniejszy na pół roku, inne – że zrobią tak do końca roku. Cięcie spreadów dotyczy jednak tylko franka szwajcarskiego, tymczasem – jak wynika z danych Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – w końcu stycznia ponad 8 proc. kredytów mieszkaniowych było denominowanych w innych walutach niż frank czy złoty, głównie w euro. Tymczasem są banki, gdzie różnica w kursie kupna i sprzedaży euro czy dolara przekracza 10 proc. Na rynku walutowym za euro płaci się 4,07 zł, ale są banki, w których euro kosztuje nawet więcej niż 4,25 zł. W przypadku dolara kurs rynkowy to ok. 3,75 zł, a niektóre banki każą sobie płacić za dolara ponad 3,9 zł.

Do instytucji, gdzie różnica w kursie kupna i sprzedaży walut jest największa, należą Raiffeisen Bank Polska i Getin Noble Bank. – Nasza polityka w zakresie kursów walutowych jest niezmienna. Obniżenie spreadu w przypadku franka szwajcarskiego, jakie przeprowadziliśmy w końcu stycznia, wynikało z chęci pomocy kredytobiorcom hipotecznym po niespodziewanej i dotkliwej aprecjacji kursu tej waluty wobec złotego i był to element szerszych działań na rzecz tej grupy klientów. Warto podkreślić, że obecnie ponad 60 proc. naszych klientów mających kredyty w euro spłaca je bezpośrednio w walucie, wykorzystując do tego platformę wymiany walut R-Dealer. Natomiast wartość kredytów udzielonych w dolarach klientom indywidualnym jest znikoma – tłumaczy Adam Sejdak, dyrektor ds. kredytów hipotecznych w Raiffeisenie.

– Wartość procentowa spreadu dla euro utrzymuje się w naszym banku na stałym poziomie od 2014 r. W chwili obecnej spread dla klientów dokonujących spłaty kredytów denominowanych w euro wynosi 2,9 proc. Warto zaznaczyć, że jest to wartość poniżej średniej rynkowej – informuje Wojciech Sury, rzecznik Getin Noble Banku.

Różnica w porównaniu z bieżącym kursem rynkowym faktycznie wynosi tam ok. 3 proc. Dzieje się tak dlatego, że kursy kupna i sprzedaży euro są tam przesunięte w dół – zyskują spłacający kredyty, wobec których bank stosuje kurs sprzedaży, tracą ci, którzy sprzedawaliby euro bankowi. – Zgodnie z przyjętą polityką nie komentujemy szczegółowych zasad ustalania spreadów walutowych – zaznacza Sury.

Odwrotnie niż GNB robi Bank Ochrony Środowiska. Tam różnica w kursie kupna i sprzedaży euro nie należy do najwyższych, ale widełki są przesunięte w górę. Efekt: klienci BOŚ kupują euro najdrożej. – Kurs kupna euro za złote w tabeli wymiany walutowej banku jest podobny do kursów stosowanych w innych bankach. Drobne różnice mogą wynikać z innej pozycji wymiany walutowej banku, godzin ustalania tabeli wymiany walutowej czy też innych założeń makroekonomicznych. Zaznaczamy również, że nie ma żadnego związku pomiędzy spreadem frank/złoty i euro/złoty – podkreśla Hubert Wojciechowski z biura prasowego banku. W BOŚ kurs sprzedaży euro jest niekorzystny dla klientów, ale w przypadku dolara jest zupełnie inaczej – amerykańską walutę można tam kupić najtaniej.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w ramach akcji dotyczącej frankowiczów przygląda się kursom stosowanym przez banki, ale tylko w odniesieniu do kredytów w szwajcarskiej walucie. Jak jednak informuje, skarg na wysokość spreadów jest bardzo mało. Od czasu wejścia w życie ustawy antyspreadowej klienci banków mają możliwość spłaty bezpośrednio w walucie kredytu np. pieniędzmi kupionymi w kantorze.

>>> Polecamy: Paradoks złotego w Polsce - ubogim nie opłaca się pracować