To jednak nie powstrzymuje wielu ekonomistów od argumentowania, że jest inaczej. Co więcej, sam premier Grecji Aleksis Tsipras złożył deklarację, że w sprawie jakiejkolwiek umowy z kredytodawcami Grecji może rozpisać krajowe referendum. Jeśli do tego dojdzie, Grecy powinni zaufać swojemu instynktowi i trzymać się euro (z badania opinii publicznej wynika, że większość obywateli Grecji chce pozostania kraju w unii walutowej).

Przy czym bankructwo czy też opuszczenie strefy euro nie jest czymś niewyobrażalnym. Chodzi o coś zupełnie innego. Półwysep Bałkański był miejscem pierwszego spisanego bankructwa w historii, które miało miejsce w czwartym wieku przez naszą erą. Co więcej, nowoczesna Grecja od czasu jej powstania w 1829 roku nie była w stanie spłacić długów aż cztery razy. W skali świata, od roku 1945 ponad 70 krajów opuszczało różne unie walutowe, nie we wszystkich przypadkach było to bolesne.

Argument, aby Grecja podążała sama, zawsze był dla Aten w pierwszej chwili atrakcyjny. Poza tym Grecja nigdy nie powinna wejść do strefy euro, gdyż nie była w stanie spełnić europejskich wymogów dotyczących limitów zadłużenia.

Standardowym rozwiązaniem, które stosowały kraje nadmiernie obciążone, aby pobudzić własne gospodarki, była dewaluacja waluty, zwiększenie eksportu, a w ślad za tym przywrócenie wzrostu gospodarczego. Ale odkąd Grecja jest w strefie euro, nie może już zastosować takiego rozwiązania.

Potencjalne wyjście Grecji ze strefy euro i powrót do drachmy byłyby jeszcze większym nieszczęściem dla Grecji. Podczas gdy niektóre szybkie i bolesne bankructwa w konsekwencji powodują ponowny wzrost, inne nie kończą się tak pozytywnie i trwają nieco dłużej. W przypadku Grecji połączenie złego zarządzania i osłabiającej się waluty doprowadziły do wzrostu inflacji, a nie do zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Niewiele wskazuje na to, aby miało się to zmienić.

Grecja wciąż dysponuje stosunkowo niewielkim sektorem, który mógłby być napędzany przez eksport – chodzi tu głównie o turystykę, żeglugę i rolnictwo. Zatem potencjalne korzyści ze zdewaluowanej waluty są ograniczone. Kraj natomiast potrzebuje nowego modelu biznesowego.

Kolejną przeszkodą na drodze do czerpania korzyści ze zdewaluowanej waluty jest fakt, że kraj przeszedł poważny kryzys gospodarczy. Niektóre z prognoz mówią, że po bankructwie i powrocie do drachmy grecka gospodarka zmniejszyłaby się o 10 proc. Brzmi to możliwie – do czas, aż sobie uświadomimy, że grecka gospodarka od czasu rozpoczęcia się obecnego kryzysu skurczyła się o jedną czwartą. Kolejne 10 proc. mogłoby doprowadzić do politycznej i gospodarczej katastrofy.

To z kolei wiedzie nas do kolejnej przeszkody – greckiego rządu. Zmiany waluty nie jest prostą sprawą. Proces ten wymaga wojskowej wręcz organizacji, zarówno od wybranych polityków jak i urzędników publicznych. Delikatnie mówiąc, żadna z tych grup nie popisała się wysokim poziomem kompetencji. Długotrwałe ożywienie gospodarcze wymagałoby takiego rodzaju dyscypliny i reform strukturalnych, którym premier Grecji Aleksis Tsipras się dziś sprzeciwia.
Opuszczenie strefy euro miałoby też nieprzewidziane konsekwencje dla miejsca Grecji w Unii Europejskiej, szczególnie w sytuacji, gdy greckie bankructwo i powrót do drachmy doprowadziłyby do kolejnych bankructw i odejść ze strefy euro. Grecja potrzebuje bezpieczeństwa Unii Europejskiej bardziej, niż Unia potrzebuje Grecji.

Z innym rządem, w spokojniejszych czasach, sensowne byłoby opuszczenie strefy euro przez Grecję. Dziś działanie takie doprowadziłoby do jeszcze większego nieszczęścia. 

>>> Czytaj też: Wolny handel nie jest dobry dla wszystkich. Zobacz, jak rosła potęga Niemiec i jak zniszczono Grecję