Dziś piwa sprzedawane z nalewaków mają 10 proc. udziału w gastronomii. Osiem lat temu stanowiły 30 proc. – wynika z danych Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie. Ten rok przyniesie kolejny spadek. Bo gastronomia idzie w ślady handlu, czyli rozszerza ofertę piw regionalnych kosztem ogólnopolskich marek.

Czyni tak mimo finansowych zachęt, które oferują im ogólnopolskie koncerny. To chociażby pieniądze na remont lokalu, na zakup mebli czy urządzenie ogródka.

– Na początku działalności serowaliśmy u siebie piwa lokalnych browarów. Smakowały, ale ich producenci nie byli w stanie sprostać popytowi. Podpisaliśmy więc umowę z Grupą Żywiec. Łączyły się z nią bardzo dobre warunki. Firma płaciła nam za możliwość eksponowania swoich piw w naszym lokalu, zagwarantowała terminowe dostawy, dostarczała nalewaki, dzięki czemu sprzedaż piwa podczas dużych imprez była łatwiejsza i szybsza. Niestety, szybko okazało się, że na całej tej transakcji więcej straciliśmy, niż zyskaliśmy. Z tego prostego powodu, że nasi klienci nie chcieli pić tego piwa, i sprzedaż nam zmalała. Dlatego gdy skończyła nam się umowa z Żywcem, nie przedłużyliśmy jej. Zdecydowaliśmy się na współpracę z niedużymi browarami. Jak na razie nie żałujemy – wyjaśnia Norbert Redkie, założyciel klubokawiarni Warszawa Powiśle.

Na podobny krok zdecydowała się też warszawska restauracja Paros. Zamieniła koncernowy browar Łomża na regionalny Amber.

Moda na regionalne piwa dotyczy też innych miast.

– Lokal przejąłem półtora roku temu. Na początku mieliśmy piwo Tyskie i Lecha. Ale szybko z nich zrezygnowaliśmy. Najtańsze litewskie piwo niepasteryzowane jest sto razy lepsze od naszych koncernówek. Smakuje piwem. Dlatego postawiliśmy na regionalne browary i te niszowe – komentuje Tomasz Zielik, właściciel pubu 6-ścian w Białymstoku.

– Teraz nie jest już frajdą pójście ze znajomymi do knajpy na kilka zwyczajnych piw. Lokal powinien spełniać wiele wymagań, również pod względem serwowanych dań i napojów – dodaje Agata Macios, menedżerka dwóch warszawskich klubokawiarni.

Zmiany wymuszają też obcokrajowcy. Taki typ klienta nastawiony jest na próbowanie lokalnych specjalności. Restauratorzy dostrzegli nowe zwyczaje klientów. I nauczyli się na nich zarabiać. Butelka regionalnego piwa w restauracji kosztuje 12–16 zł, prawie dwa razy więcej niż koncernowego. Zyskują na tym też browary, zwłaszcza te małe lokalne, które jeszcze kilka lat temu miały ogromne problemy z przebiciem się do restauracji i pubów.

– Nawiązanie współpracy było bardzo trudne. Większość właścicieli lokali wolała podpisywać umowy z dużymi korporacjami. Obecnie do naszego browaru trafia coraz więcej zapytań o możliwość współpracy. W 2014 r. sprzedaż naszych piw do gastronomii wzrosła aż o 30 proc. W tym roku liczymy na powtórzenie wyniku – komentuje Marek Skrętny, szef marketingu w Browarze Amber.

Trend sprzyja umacnianiu się lokalnych piw w całym browarniczym rynku (98,5 mln hl). Ich udział wynosi 8–9 proc. To wzrost o ok. 2–3 proc. w skali roku. ©

>>> Polecamy: Wypaleni przez Mordor. Czy wielkie korporacje niszczą pracowników?