Skąd ta bieda? – trzeba postawić pytanie, patrząc na pozytywne dane gospodarcze. W ubiegłym roku produkt krajowy brutto zwiększył się o 3,4 proc. Tempo wzrostu gospodarczego było więc dwukrotnie szybsze niż w roku poprzednim. Nie ograniczyło to jednak biedy występującej w naszym kraju. Bo według najnowszych danych GUS w 2014 r. w skrajnym ubóstwie żyło 7,4 proc. osób (2,8 mln) egzystujących w gospodarstwach domowych. To tyle samo, co w roku poprzednim. Ich wydatki były mniejsze od minimum egzystencji ustalanego przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Obejmują one tylko kwoty pozwalające na skromne wyżywienie i utrzymanie bardzo małego mieszkania. Ale nie ma wśród nich na przykład wydatków związanych z komunikacją i kulturą. W ubiegłym roku takie minimum dla jednoosobowego gospodarstwa wynosiło zaledwie 540 zł, a czteroosobowego (dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci) 1458 zł.

Ekspertów nie zaskakuje jednak to, że mimo przyspieszenia wzrostu gospodarczego biedy nie ubyło. – To dlatego, że na ów wzrost pracują w największym stopniu na ogół ci, którzy są na górze drabiny społecznej, a nie na jej dole. To sprawia, że z poprawy koniunktury gospodarczej w największym stopniu korzystają zazwyczaj gospodarstwa domowe, które są w relatywnie dobrej sytuacji materialnej – ocenia prof. Henryk Domański, socjolog z PAN. 

Z danych GUS wynika, że skrajnym ubóstwem zagrożone są przede wszystkim osoby bezrobotne i ich rodziny. Tymczasem w ubiegłym roku bezrobocie spadało – w grudniu było o 333 tys. osób mniejsze niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Równocześnie liczba osób pracujących w gospodarce zwiększyła się o 156 tys. 

>>> Czytaj też: Wolny rynek poniósł porażkę w walce z biedą

– Bezrobocie może spadać, wskaźnik aktywności zawodowej może rosnąć, ale biedy nie musi ubywać. Bo zwiększa się grupa biednych pracujących, a więc zatrudnionych na tak zwanych umowach śmieciowych oraz otrzymujących minimalne wynagrodzenie albo niższe, które często nie pozwala na dostatnie życie – twierdzi prof. Jolanta Grotowska-Leder, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego. Według dostępnych danych GUS w 2013 r. tylko na umowach-zleceniach lub umowach o dzieło pracowało 1,4 mln osób, a zarobki 1,3 mln pracowników nie przekraczały płacy minimalnej. 

Mimo to rosło przeciętne wynagrodzenie. Na przykład w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób było w ubiegłym roku realnie (po uwzględnieniu inflacji) o 3,7 proc. wyższe niż w roku poprzednim. – Nie wszystkie gospodarstwa domowe skorzystały z takich podwyżek, bo był to średni wzrost pensji – wyjaśnia prof. Ewa Leś, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje, że ci, którzy mało zarabiają, jeśli skorzystali z podwyżek, to często w mniejszym stopniu ze względu na m.in. niski poziom wykształcenia albo zawód, który wykonują. Bo wykształcenie ma korzystny wpływ na poziom dochodów, choć nie zawsze – w gospodarstwach domowych osób z dyplomem wyższej uczelni w skrajnym ubóstwie żyło w ubiegłym roku 0,9 proc. 

Biedy jest stosunkowo dużo także z innego powodu. – Polska jest jednym z niewielu krajów Unii Europejskiej, w którym brakuje spójnej polityki społecznej państwa, której elementem jest spójna polityka socjalna, pomoc ludziom, którzy znajdują się w trudnej sytuacji życiowej – ocenia dr Waldemar Urbanik, rektor Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie.