Zmiana sieci szkół, rok krócej w powszechnej edukacji, zwolnienia nauczycieli – to zagrożenia pomysłu PiS. Szanse? Koniec z wczesnym wybieraniem profilu nauczania. Krócej o rok na rynku pracy.

Zmiana, którą przygotowuje Prawo i Sprawiedliwość, w dużej mierze polega na odwróceniu największych edukacyjnych reform ostatnich 16 lat. Od tej wprowadzonej przez rząd Jerzego Buzka w 1999 roku do zmiany podstaw programowych i rewolucji sześciolatków. Teraz szykowany jest powrót do ośmioletniej szkoły podstawowej podzielonej na dwa etapy i czteroletnie liceum, egzaminy na studia oraz podstawy programowe stawiające na zdobywanie wiedzy, a nie kompetencji. Skąd taki nagły zwrot?

Zdaniem PiS na naukę w liceum poświęca się dziś zdecydowanie za mało czasu. Główny zarzut dotyczy tego, że obecny cykl kształcenia na poziomie ogólnym kończy się w wieku szesnastu lat po pierwszej klasie liceum. Potem zaczyna się nauka profilowana. Brakuje czasu na przedmioty ścisłe czy historię.

W dodatku konstrukcja systemu egzaminacyjnego sprowadza się do tego, że w szóstej klasie, trzeciej gimnazjum i trzeciej liceum młodzież uczy się rozwiązywać testy. – Reforma da możliwość realizowania autorskich programów nauczania, a niekoniecznie skupiania się na nauce do egzaminu – wyjaśnia Marzena Machałek, posłanka PiS. Zmiany programu mają być uzupełnione o reformę szkolnictwa zawodowego, tak by jego absolwenci byli lepiej dostosowani do potrzeb rynku pracy.

Reformy mają też przynieść obniżenie wieku emerytalnego. Choć w ostatnim czasie PO tego nie eksponowała, jednym z motywów wprowadzenia sześciolatków do pierwszych klas było efektywne wydłużenie wieku pracy. Roczniki sześciolatków o rok wcześniej wchodziłyby na ranek pracy, co tłumaczono m.in. chęcią sprostania efektom starzenia się społeczeństwa, zwiększania konkurencyjności naszej gospodarki i szans młodych Polaków wobec rówieśników z innych krajów. Odwrócenie zmian będzie oznaczało zahamowanie tego procesu. I w pewnym sensie odpowiadało obniżeniu wieku emerytalnego o rok.

Reforma PiS może rozładować tłoki na uczelniach. Sposób wprowadzania sześciolatków do pierwszych klas spowodował, że na finiszu reformy doszło do swego rodzaju korka. Obecne pierwsza i druga klasa liczą po ponad pół miliona dzieci, podczas gdy wcześniej było to powyżej 300 tysięcy. Stało się tak dlatego, że w ciągu dwóch lat szkolnych 2014/2015 i 2015/2016 do pierwszej klasy poszły trzy roczniki miniwyżu z lat 2007–2009. Dla tych roczników oznacza to nie tylko tłok w szkołach, ale dużo większe trudności w dostaniu się na studia i na rynku pracy. Jeśli zmiany proponowane przez PiS wejdą w życie, rocznik 2010 poczeka i pójdzie do szkoły w okresie 2017/2018. Czyli zakończy edukację dwa lata później niż obecna pierwsza klasa, co z kolei da większą szansę rocznikom wyżowym na załapanie się na wymarzony kierunek studiów.

Pomysły partii mogą też mieć wiele negatywnych konsekwencji.

Od 1999 roku w Polsce trwa w zasadzie permanentna reforma edukacji. Najpierw przez wprowadzenie gimnazjów, potem w odstępie kilku lat została wprowadzona nowa podstawa programowa dopasowana do nauki w trzech typach szkół. W roku 2009 rząd PO zaczął wprowadzać reformę z sześciolatkami w pierwszej klasie, ale z powodu politycznych kalkulacji zamiast zrobić to w trzy lata, jak planował, zabrało mu to sześć lat. Ta zmiana zakończyła się w tym roku szkolnym. Jeśli PiS wdroży swoje pomysły, rozpocznie kolejny kilkuletni okres zmian w szkołach.

Kolejnym obszarem ryzyka jest obniżenie jakości edukacji w naukach ścisłych. Z międzynarodowych badań PISA wynika, że nasi piętnastolatkowie wiedzą coraz więcej. W 2000 roku badaniem zostali objęci uczniowie, którzy zaczynali podstawówkę starym programem przeznaczonym dla szkoły ośmioletniej. Polska ze średnim wynikiem 479 pkt trafiła na 24. miejsce w rankingu. Od tej pory notujemy sukcesywny wzrost w matematyce i naukach przyrodniczych. W ostatnim badaniu z 2012 r. jesteśmy już na 10. miejscu z wynikiem 518 pkt.

Konsekwencji zmian jest więcej. System 4 + 4 sprawiałby, że rok wcześniej trzeba by wybrać ścieżkę – szkolenie zawodowe lub ogólnokształcące. Gimnazja sprawiły, że na tę drugą decyduje się dziś połowa uczniów. Jeszcze w 1990 roku do liceum trafiało niecałe 19 proc.

Jak zwraca uwagę Joanna Berdzik, dziś wiceminister edukacji narodowej, a kiedyś dyrektor wiejskiej szkoły, wyjazd do gimnazjum to szansa dla dzieci z obszarów wiejskich. – Środowisko edukacyjne, do którego dziecko ma dostęp w większej miejscowości, jest dużo bogatsze, nawet na najprostszym poziomie. Podam przykład: sześciolatek, kiedy idzie z rodzicem w mieście, czyta szyldy na sklepach, oznakowania na przystankach. Na wsi takich okazji jest zdecydowanie mniej. Różnicę między młodzieżą wiejską i miejską rokrocznie widać w teście szóstoklasisty. Gimnazjum wyrównuje szanse tych dzieci. Także przez to, że w większych miejscowościach dziecko ma dostęp do kina, biblioteki – wylicza. Dodaje też, że zagrożeniem reformy mogą być jej wysokie koszty.

Obecnie, po siedmiu latach przygotowania do wejścia sześciolatków do szkół, placówki dostosowane są dla młodszych dzieci. – W salach są niższe krzesła i ławki, w toaletach niższe sedesy. Nawet piłki lekarskie, z których korzysta się na wuefie są lżejsze – wylicza minister. Likwidacja gimnazjów wiązałaby się jej zdaniem także z potężną reorganizacją sieci szkolnej. Do szkół podstawowych musiałyby wrócić dwie klasy. Miejsca na nie często nie ma, bo przy szkołach działają oddziały przedszkolne, które zajmują już sale. Główny wysiłek związany z reorganizacją spadłby na samorządowców.