Choć politycy opozycji i niektóre zachodnie media ostrzegają, że Polska pod rządami Prawa i Sprawiedliwości staje się drugimi Węgrami, w tych porównaniach więcej jest publicystycznej przesady niż odzwierciedlenia w faktach. Polska jest zupełnie innym państwem niż Węgry, z zupełnie inną pozycją w Europie. Poza tym, obraz Węgier też jest mocno demonizowany, bo ani dane gospodarcze, ani badania opinii publicznej nie wskazują, by działa się tam jakaś katastrofa.

Premier Węgier Viktor Orban niemal od momentu powrotu do władzy w 2010 r. znalazł się na cenzurowanym w Unii Europejskiej. Złożyło się na to kilka przyczyn. Po pierwsze, jego idący wbrew zaleceniom Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego sposób walki z kryzysem gospodarczym. Zamiast forsowanej wówczas polityki zaciskania pasa, wprowadził specjalne kryzysowe podatki w niektórych sektorach gospodarki (banki, ubezpieczenia, telekomunikacja, energetyka, wielkie sieci handlowe), przy jednoczesnym obniżeniu stawek dla osób fizycznych oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Dzięki temu to nie obywatele ponosili ciężar walki z kryzysem, lecz wielkie zagraniczne firmy, bo to w nie głównie uderzyły nowe podatki, a to się nie spodobało w Berlinie, Wiedniu czy Paryżu. Po drugie, to, że zapowiadaną – i konieczną – przebudowę państwa (Węgry w 2010 r. były jedynym krajem Europy Środkowo-Wschodniej, który upadku komunizmu nie przyjął nowej konstytucji, a tamtejszy trybunał konstytucyjny faktycznie zajmował się także stanowieniem prawa), Orban wykorzystał do umacniania władzy i obsadzania swoimi ludźmi wielu instytucji. Po trzecie wreszcie, bo swoimi wypowiedziami kwestionował obowiązującą w UE od lat liberalną i politycznie poprawną narrację.

>>> Czytaj także: Czarna owca UE kontra Polska. W czym jesteśmy lepsi od Węgier?

Węgry stały się ulubionym chłopcem do bicia dla lewicowych i liberalnych unijnych polityków, którzy zarzucali Orbanowi wprowadzanie ustroju autorytarnego czy łamanie europejskich wartości, ale w praktyce ta krytyka ograniczała się do słownych połajanek. W bardzo niewielu kwestiach węgierskie władze faktycznie wycofały czy zmieniały przyjęte już prawo, a ustępstwa Budapesztu dotyczyły drobnych spraw niż istoty rzeczy (np. pod naciskiem UE wyłączono bank centralny z podatku od transakcji finansowych, ale samego podatku Węgry nie zmieniły, czy przywrócono bezpłatne ogłoszenia wyborcze w mediach prywatnych nie zmieniając istoty ustawy medialnej). Najczęściej zmiany dotyczyły tych spraw, które wskutek wszczętej przez Komisję Europejską procedury mogły się skończyć sankcjami Trybunału Sprawiedliwości UE. Ani razu jednak nie rozpoczęto wobec Budapesztu procedury zawieszenia głosu w Radzie UE czy też wprowadzenia jakichkolwiek sankcji.

Krytyka ze strony Unii Europejskiej nie spowodowała spadku popularności Orbana, a nawet ją wzmocniła. Przyczyniły się do tego zarówno to, że była ona często prowadzona w sposób napastliwy i nie miała rzetelnego oparcia w faktach, więc wewnątrz kraju była łatwa do odparcia, to że skompromitowana i podzielona lewica przestała być jakąkolwiek alternatywą wobec Fideszu, oraz że późniejsze wydarzenia w wielu przypadkach przyznały Orbanowi rację.

Wystarczy przypomnieć, że gdy w 2008 r. gdy zaczynał się kryzys na Węgrzech i w Grecji bezrobocie było takie same – 7,8 proc. Na Węgrzech, które walczyły z nim po swojemu, w szczytowym momencie wyniosło 11,8 proc., a dziś jest to 6,2 proc. W zmuszanej przez Berlin i Brukselę do oszczędności Grecji w szczycie osiągnęło 27,9 proc., a od tego czasu spadło tylko do 24,5 proc. Równie znamienne jest to, że ci sami politycy, którzy krytykowali Orbana za budowę płotów na granicy na początku kryzysu migracyjnego, kilka miesięcy później robili to samo. W 2014 r. kierowana przez Orbana koalicja ponownie wygrała wybory, uzyskując prawie 45 proc. głosów, zaś według obecnych sondaży, popiera ją ponad 50 proc. Węgrów.

>>> Czytaj również: Węgrzy bronią Polaków: "Nie poprzemy ewentualnych sankcji"

Skoro krytyka Węgier w praktyce ograniczała się do sfery werbalnej i niewiele ustępstw Bruksela na Budapeszcie wymusiła, to ze sporym prawdopodobieństwem można założyć, że w przypadku Polski – gdyby szła węgierskim śladem – byłoby podobnie. Jest wprawdzie kilka argumentów osłabiających tę tezę – Fidesz należy do Europejskiej Partii Ludowej, czyli najsilniejszej frakcji w Parlamencie Europejskim, co trochę blokowało potencjalne bardziej konkretne działania, zaś PiS – do mniejszej grupy Konserwatystów i Reformatorów; fakt, że Beata Szydło jest postrzegana jako zależna od Jarosława Kaczyńskiego osłabia jej pozycję międzynarodową, szczególnie, że w odróżnieniu od Orbana jest niemal debiutantką i nie ma jego wyrazistości; PiS ma w Polsce więcej przeciwników niż Fidesz na Węgrzech.

To wszystko traci jednak na znaczeniu wobec faktu, że w odróżnieniu od Węgier Polska jest w skali europejskiej państwem dużym i ma ambicje do odgrywania istotnej roli w unijnej polityce. Jesteśmy największą gospodarką w regionie, większą niż trzy następne państwa (Czechy, Rumunia i Węgry) razem wzięte, największym rynkiem zbytu i największym odbiorcą bezpośrednich inwestycji zagranicznych. To powoduje, że ze zdaniem Polski inne państwa unijne muszą się bardziej liczyć, co zresztą już Bruksela też dostrzega, bo ponoć szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker upomniał w tym tygodniu niemieckiego komisarza Guenthera Oettingera za zbyt ostre wypowiedzi pod adresem Polski. Nawet jeśliby miało nastąpić jakieś upomnienie Polski, to ten sposób, aby nie zaszkodzić gospodarce, bo odbiłoby się to także na drugiej stronie. Wystarczy wspomnieć, że jesteśmy ósmym co do wielkości partnerem handlowym Niemiec, a obroty między naszymi krajami wyniosły w 2014 r. 87,3 miliardy euro, czyli były o 20 miliardów wyższe niż pomiędzy Niemcami a Rosją.

Nie należy też się spodziewać wycofywania się inwestorów zagranicznych, bo ogólna atrakcyjność inwestycyjna Polski się nie zmniejsza w związku ze zmianą rządu. Z Węgier wprawdzie kilka banków się wycofało, ale dzięki ulgom i ułatwieniom skutecznie ten kraj przyciąga inwestycje przemysłowe, zwłaszcza z sektora motoryzacyjnego. A za jedną czwartą wszystkich inwestycji w na Węgrzech odpowiadają Niemcy, czyli kraj, który należy do najbardziej zawziętych krytyków Viktora Orbana.