Przewiduje m.in. zniesienie opodatkowania aportu własności intelektualnej i przemysłowej. Oznacza to, że akcje spółki otrzymane w zamian za własność intelektualną nie będą podlegały opodatkowaniu. Realizujemy w ten sposób najczęściej zgłaszany przez środowiska start-upowe postulat. Ponadto w projekcie jest podniesienie kwot maksymalnego odliczania kosztów kwalifikowanych, także wydatki na uzyskanie patentów staną się kosztami kwalifikowanymi. Wydłużony zostanie czas na odliczenie od podatku dochodowego wydatków na badania i rozwój. W pewnych sytuacjach możliwy będzie nawet zwrot wydatków na B+R w postaci gotówki.
Patrząc na tę listę, można odnieść wrażenie, że innowacji w Polsce jest teraz mało, bo nie są wystarczająco opłacalne.
Tak uważamy. Schemat innowacji jest zawsze taki sam: szansa na niepewne X kosztem Y, który trzeba pokryć z góry. Więc dążymy do zwiększania X i zmniejszania Y. Tak funkcjonują prawdziwe innowacje.
Tak, bo są też nieprawdziwe. Kluczem do ich rozróżnienia jest to, czy ktoś rzeczywiście chce zaryzykować i stracić pieniądze. Celowo używam słowa „stracić”, by podkreślić, że nie mówię o wkładzie własnym na pozyskanie grantu, z którego potem będzie się dobrze żyło przez parę lat. Taką pseudoinnowacyjną działalność chcemy jak najbardziej ukrócić.
Nie. Awans w rankingu innowacyjności powinien być skutkiem, a nie celem i tak do tego będziemy podchodzili. Jeśli chodzi o wskaźniki, to dla nas istotne są wydatki na badania i rozwój, zwłaszcza wydatki sektora prywatnego.
>>> Czytaj też: Polska ma być krajem startupów. Powstaje wielki fundusz wspierający innowacje
Zgadza się. I zawsze istnieje ryzyko, że zwykłe koszty będą kategoryzowane jako inwestycje w badania i rozwój. Bierzemy to pod uwagę. Większy strumień wydatków sektora prywatnego na B+R będzie jednak ważnym sygnałem: w końcu są projekty innowacyjne, które dobrze rokują biznesowo. Jeśli uda się połączyć prywatne finansowanie inwestycji z publicznym, to będzie to najlepszy wskaźnik sukcesu. Rynkowe finansowanie innowacji będzie świadczyło o ich wysokiej jakości.
To by znaczyło, że do tej pory nie było bardzo obiecujących polskich wynalazków. Nie zgadzam się z tym. Mój znajomy wynalazca ma patent na śrubę niskokawitacyjną, dzięki której statki będą zużywały mniej paliwa. Żaden z funduszy venture capital nie był zainteresowany wyłożeniem 30 tys. zł na optymalizację komputerową śruby. Pieniądze są konieczne już na tym etapie, bo naukowcy, którzy zarządzają publicznym majątkiem na politechnice i w instytucie badawczym, nie są zainteresowani inną współpracą niż w 100 proc. komercyjne zlecenie.
Być może, nie wiem. VC nie dają informacji zwrotnej, ale to nie znaczy, że nie mamy żadnych liczących się wynalazków, prawda?
Znam wiele podobnych przykładów i także uważam, że w Polsce rodzą się przełomowe wynalazki. Rozmawiałem niedawno z prof. Pawłem Moskalem, który na Uniwersytecie Jagiellońskim skonstruował tomograf. Jest to w 100 proc. polskie urządzenie, na które uzyskał 11 patentów. Było to możliwe dzięki 2 mln euro dotacji z NCBiR. Dzięki zastosowaniu tworzywa sztucznego zamiast drogich w hodowli kryształów tomograf ma kosztować 5 mln euro, a nie 15 mln jak u konkurencji. Na dodatek pozwala skanować o wiele szersze obiekty.
Nie, urządzenie jest na etapie prototypu. Potrzeba jeszcze 10 mln euro na badania kliniczne.
No właśnie – wydaje się, że to już jest komercyjnie obiecująca innowacja. Tu powinien się pojawić prywatny kapitał. Gdyby Ministerstwo Zdrowia kupiło dwa takie urządzenia, wystarczyłoby to, żeby inwestycja się zwróciła.
Bo trudno jest wydać miliony z publicznych pieniędzy, gdy produkt, choćby najbardziej obiecujący, nie jest wcześniej dokładnie przetestowany. A to, z konieczności, trwa latami. Ten problem nie dotyczy jedynie sfery publicznej. Czasami słyszę z ust przedstawicieli dużych firm, zwłaszcza państwowych, że „bardzo chętnie zainwestują w innowacyjne rozwiązania, zwłaszcza jak będą dobrze sprawdzone i z gwarancją”. To jest wewnętrzna sprzeczność.
Jeśli chcemy mieć innowacje, to w wielu branżach konieczna jest aktywność państwa jako pierwszego kupca nowych rozwiązań. Dzięki temu innowatorzy mają pieniądze, żeby dalej rozwijać produkt. To jest lekcja, jaką można wyciągnąć z historii wielu rozwiniętych gospodarczo krajów. Prawie nigdzie na świecie nie udało się, żeby sektor prywatny sam finansował rozwiązania innowacyjne.
Angażują się w finansowanie innowacji. My uważamy, że konieczne jest także, żeby były nabywcami innowacji. Postęp technologiczny to pompa ssąco-tłocząca. Do tej pory w Polsce funkcjonuje jedynie mechanizm tłoczący. Finansujemy ciekawe badania, ale za nimi nie idzie komercjalizacja. Albo sprzedajemy wyniki np. badań klinicznych za małe pieniądze zagranicznym koncernom.
Chcemy to zmienić, zmieniając oczekiwania wobec ludzi kierujących instytucjami publicznymi i firmami państwowymi. Jeśli menedżer musi szybko i bez potknięć rozwijać firmę, to każda kwota, która nie przyniosła zakładanego rezultatu, jest z tego punktu widzenia pieniądzem straconym. Thomas Edison patrzył na takie porażki inaczej: „nie, nie popełniłem błędu, po prostu zidentyfikowałem 10 tys. rozwiązań, które nie działają”. Dzięki takiemu podejściu został jednym z największych wynalazców i przedsiębiorców w historii. Uważamy, że takiego edisonowskiego podejścia jest za mało również w sektorze prywatnym.
Polskie firmy dają sobie radę w trudnych warunkach, ale zbyt często działają reaktywnie. Teraz jest czas, aby to zmienić. Założone na początku transformacji firmy właśnie dochodzą do wieku średniego. Ci, którzy odnieśli sukces, spełnili już swoje potrzeby materialne, mają ten umowny dom z basenem i dobry samochód. Polscy przedsiębiorcy odnosili jednak swoje sukcesy w rolach i branżach odtwórczych. Pora na sukcesy kreatywne, w rolach i branżach twórczych, pora na innowacje.
No właśnie. Bardzo ważną rolę w ekosystemie innowacji odrywają pośrednicy, którzy pomagają się spotkać i dogadać twórcom, inwestorom i nabywcom nowych technologii. Wynalazcy to ekscentryczni uczeni lub genialni samoucy, którzy na znają języka pieniądza, którym posługują się inwestorzy. Jeszcze inne oczekiwania mają nabywcy, zwłaszcza z dużego biznesu. Ci ludzie naprawdę pochodzą z różnych światów i bez pewnego rodzaju tłumacza mają mniejsze szanse, żeby osiągnąć sukces. Potrzeba miejsca i ludzi, którzy pomogą im się spotkać.
Z tym byłbym ostrożny. W wielu innowacyjnych krajach istnieją instytucje, które pełnią rolę rozsadników innowacji. Najbardziej znanym przykładem jest oczywiście DARPA. W Polsce udanych inicjatyw nie zaczyna się jednak od założenia instytucji. Zwłaszcza w tak delikatnej materii jak innowacje.
Innowacje nie są czymś naturalnym w gospodarce. Może to paradoksalne, ale tak właśnie jest.
>>> Czytaj też: Polski nie stać na prawdziwe innowacje. Gospodarkę dusi niska produktywność
No właśnie, innowator nie ma żadnych sojuszników. Ma za to mnóstwo wrogów. Koledzy z branży mają ocenić jego wynalazek. Ci, którzy nie dokonali przełomu, mają ocenić kogoś, komu się to udało. Innowacyjny sektor gospodarki jeszcze nie istnieje, a nieinnowacyjny zatrudnia tysiące ludzi, ma środki, żeby bronić się przed zagrożeniem ze strony „nowych” – np. lobbując za chroniącymi go regulacjami. Dlatego stworzenie instytucji wspierającej innowatorów jest takie trudne.
Na szczęście jest coraz więcej pośredników, którzy spełniają podobną rolę. Brokerzy technologii z obu stron przebijają mury między wynalazcami a inwestorami, żeby takie pomysły jak innowacyjna śruba okrętowa nie zostały w szufladach. Dla wynalazków opracowanych na uczelniach tę rolę pełnią centra transferu technologii (CTT). Te instytucje są kluczem do sukcesu polityki proinnowacyjnej.
CTT utrzymywały się z grantów na różnego typu projekty wsparcia czy mentoringu. Kiedy kończył się grant, pracownicy odchodzili na rynek, zabierając ze sobą nabyte kompetencje, a cykl zaczynał się od początku. Są to jednak dobrze pomyślane instytucje. Znajdują się na tyle blisko uczelni, że znają panujące tam zwyczaje i mogą śledzić prace naukowców. Jednocześnie są z boku, dzięki czemu mogą się rządzić własnymi prawami.
Po pierwsze chcemy, żeby pracownicy CTT mieli minimalne gwarantowane wynagrodzenie w ramach dotacji dla szkół wyższych. Po drugie część – około 5 proc. – grantów, jakie otrzymują na badania naukowcy na uczelni, ma być z góry przeznaczona dla CTT. W ten sposób będą one od początku uczestniczyć w projekcie i motywować naukowców, żeby uzyskać możliwy do skomercjalizowania rezultat. Niestety, wnioskodawcy traktują często granty jak finansowanie projektów typu „sztuka dla sztuki”.
Po trzecie wreszcie, wynagrodzenie motywacyjne na zasadzie „ministerstwo daje złotówkę na każdą złotówkę pozyskaną przez komercjalizację”.
Mam nadzieję, że przed końcem tej kadencji nowa ustawa o szkolnictwie wyższym zostanie uchwalona i wejdzie w życie. Jej zakres ma obejmować także obecną ustawę o stopniach naukowych. Dzięki niej przed uczonymi zostaną otwarte trzy ścieżki kariery. Po pierwsze ścieżka dydaktyczna, po drugie naukowa, a po trzecie wdrożeniowa.
Tak, jeśli ktoś jest wybitnym dydaktykiem, to niech uczy. Nie ma sensu zmuszać nauczycieli, najczęściej niemających na koncie znaczącego odkrycia, do pisania artykułów naukowych tylko po to, aby mogli uzyskać stopień naukowy.
Tak, bo przekazywanie wiedzy jest podstawowym zadaniem szkolnictwa wyższego. Chcemy dowartościować dydaktykę, bo na tym etapie uruchamia się cały mechanizm innowacyjny. Podam przykład. Gdy studenci przychodzą na zajęcia prof. Tadeusza Uhla z AGH, on tworzy z nich zespół projektowy. Celem zespołu jest zwycięstwo w międzynarodowym konkursie na bezzałogowy samolot, a ocena jest uzależniona od wyniku uzyskanego w konkursie. Studenci sami konstruują samolot, ale w tym celu najpierw muszą przestudiować wszystkie dziedziny wiedzy, które normalnie przerabia się na zajęciach – aerodynamikę, energię, materiały. Tryb projektowy i konkurencja sprawiają, że studenci mają większą motywację do nauki. Mają powód do dumy, gdy odniosą sukces. Niestety podejście prof. Uhla cały czas nie jest standardem.
Uważamy, że jeśli ktoś chce zmieniać świat jako konstruktor, to mury uniwersytetu powinny być dla niego otwarte.
Moglibyśmy napisać projekt sami, w ministerstwie, ale zależy nam, żeby środowisko naukowe naprawdę było jego twórcą. Dlatego wybierzemy trzy zespoły badawcze i damy im wolną rękę w przygotowaniu projektów. Ten tryb pracy na pewno pochłonie więcej czasu, ale uważamy, że warto dokonać takiej inwestycji.
Przygotowaliśmy bardzo prosty formularz, w którym każdy – od przechodnia, przez studenta po profesora – może zgłosić niepotrzebnie lub wadliwie działające przepisy. Minister Gowin zapowiedział, że będzie nas rozliczał z liczby zlikwidowanych przepisów. Nowa ustawa o szkolnictwie wyższym ma być o wiele prostsza i krótsza niż obecna. Będziemy ograniczać liczbę rozporządzeń i obowiązków informacyjnych, np. instytuty badawcze będą składały sprawozdania co pół roku, a nie co kwartał.
Wielu polityków mówiło o potrzebie odbiurokratyzowania gospodarki. Mówili i na tym się kończyło. Inni mówili, że deregulacja nie jest możliwa. My pokazaliśmy, że jest. Naukę i szkolnictwo wyższe odbiurokratyzujemy…
>>> Czytaj też: Polska pobiła patentowy rekord. Która uczelnia jest najbardziej odkrywcza?
Tak samo, jak zderegulowaliśmy niektóre zawody.
