Dobrym światłem świecą m.in. Małgorzata i Maciej Adamkiewiczowie z grupy farmaceutycznej Adamed, wyróżnieni ostatnio laurem „Dynamicznego Przedsiębiorcy”. Pojedyncze przykłady mogą być jednak dobrym wyjątkiem od złej reguły, więc potrzebny jest szerszy obraz oraz solidne dla niego ramy. Obraz taki został wystawiony na widok pospołu przez Grant Thornton i polski oddział banku HSBC. Szczęśliwie nie jest to żaden landrynkowy landszaft.

W badaniu posłużono się ogólnodostępnymi życiorysami właścicieli lub głównych akcjonariuszy 100 największych polskich firm prywatnych wyłonionych spośród 2000 przedsiębiorstw uwzględnionych w rankingu dziennika Rzeczpospolita. Pominięto polskie firmy państwowe, krajowe oddziały spółek zagranicznych oraz te firmy, w których trudno było wskazać głównego indywidualnego akcjonariusza.

Polskie firmy prywatne radzą sobie dobrze lub jeszcze lepiej i powstały dzięki sprawnym umysłom i wytrwałym rękom, a nie dzięki rzekomym przekrętom i transferom bogactwa. Sprawdza się w naszym kraju „wzór” ułożony przez Alberta Einsteina, że na sukces składa się 1 procent natchnienia i 99 procent morderczej pracy.

Bank HSBC Holdings jest piąty na świecie pod względem aktywów i wyprzedzają go jedynie cztery chińskie papierowe smoki, więc ma raczej jakieś pojęcie o tym co się dzieje w świecie. Dla oceny pierwszej setki polskich firm prywatnych jego eksperci używają (niedosłownie) znanego świetnie na świecie określenia „ukryci czempioni” (hidden champions). Jako pierwszy zdefiniował takich niemiecki prof. Hermann Simon. Po prawdzie, nasi liderzy nie spełniają zapewne dwóch kryteriów formalnych jakim jest co najmniej trzecie miejsce na światowej liście dostawców lub pierwsze miejsce na obszarze kontynentu oraz przychody poniżej 4 mld dolarów, ale bardzo dobrze wypełniają za to warunek trzeci, bo tak jak pełnoprawni „ukryci czempioni”, mają wielkie sukcesy, a pozostają nieznani szerokiej publiczności.

>>> Czytaj też: Wysyp nowych spółek w Polsce. To będzie rekordowy rok

Tymczasem, w przekazie polityczno-propagandowym rodzimy kapitał prywatny miałby być co najmniej nieporadny, a w dodatku podejrzanej konduity, więc lepiej gdyby zastępować go coraz szerzej tym domniemanie dobrym, bo państwowym. Historia gospodarcza świata, poczynając od faraonów grzebiących swe szczątki i niewyobrażalne środki w piramidach, czy Dolinie Królów uświadamia wszakże prawdę oczywistą dla każdego wdrożonego obserwatora i czytelnika lektur z kanonu, że firmy państwowe prędzej czy później stają się protagonistami farsy.

Najjaskrawszy przykład rodzimy to państwowe spółki węglowe. Ciągną nas w dół finansowy i niszczą relacje społeczne, co jeszcze gorsze. Omijały nas przez ostatnie ćwierćwiecze i niech nas nadal omijają dramaty Wenezueli, Brazylii i wielu innych państw, gdzie kluczowe dla gospodarek spółki naftowe są w rękach państwa, lecz służą nie społeczeństwom, a niemal wyłącznie satrapom tudzież wielkiej rzeszy łapowników. Omówienie literatury konfrontującej biznes prywatny versus państwowy można znaleźć tutaj.

Konterfekt dobrego lidera

Statystyczny lider biznesowy z badania GT i HSBC ma 58 lat, więc w przełomowym roku 1989 był człowiekiem młodym, ale już nie gołowąsem. Miał wtedy za sobą 7 lat przepracowanych „na etacie” w firmie państwowej lub peerelowskim urzędzie, bo gdzie indziej pracy naonczas nie było. Aż 77 proc. dzisiejszej elity biznesowej porzuciło ów etat i poświeciło się pracy na swoim. Rynek nie był wtedy tak trudny jak dziś, bo nie było na nim ani krajowej, ani zagranicznej (znaczącej) konkurencji.

13 osób z przebadanej setki nie doświadczyło przedtem żadnego zatrudnienia i zaczynało karierę zawodową od założenia własnej firmy. Jedynie 12 odziedziczyło jakąś firmę lub kupiło istniejącą za pieniądze od rodziny. Tak zaczynała ikona, jaką stał się nieżyjący już Jan Kulczyk, ale to wyolbrzymiany margines.

Dzisiejsi przodownicy zaczynali w większości od tego na czym się znali i z książek, i z praktyki. 60 proc. ma wykształcenie ścisłe (np. politechniczne, matematyczno-fizyczne, medyczne itd.), tylko jedna czwarta to ekonomiści, a kolorowa mniejszość to humaniści, której ilustracją à rebours może być nieuwzględniony zapewne w badaniu ekscentryczny filozof z cenzusem, który wzbogacił się na alkoholu i poległ w polityce.

>>> Polecamy: Bezcenni wizjonerzy. Zobacz, ile firmy wydają na ochronę dla liderów

Znamienne jest, że pewna część prezesów i właścicieli z wykształceniem ekonomicznym uzyskała dyplomy już w trakcie prowadzenia biznesu. Zmniejsza to odsetek ludzi zaczynających karierę w gospodarce od tytułu z uczelni ekonomicznej. Nie umniejsza to znaczenia nauk ekonomicznych, z którymi zażyłość przydaje się zawsze. W praktyce wykształcenie ekonomiczne procentuje jednak przede wszystkim w wielkich korporacjach, a takich, poza sektorem finansowym, jest w Polsce jak na lekarstwo.

Ogromna większość (88 proc.) właścicieli trzyma się wybranego na początku profilu działalności, przy czym na odsetek ten składa się 19 osób, które działają nadal w branży, w której zaczynały, ale od jakiegoś czasu uprawiają równolegle także inne poletko/a.

Miarą wielkiego postępu w polskim sektorze prywatnym jest działalność na rynkach zagranicznych. Aż 94 firmy z przebadanej setki eksportują swoje towary i usługi lub zainwestowały za granicą. Jedynie co 17. przedsiębiorca-lider nie wychylał nosa poza krajowy rynek.

Powszechne dziś w praktyce operowanie na rynkach zagranicznych, które ograniczało się w początkach do importu towarów na handel i podzespołów do montażu, świadczy nie tylko o jakości oferty polskich wytwórców oraz ich dojrzałości i operatywności. Jest też wyznacznikiem wielkiego skoku ilościowego i jakościowego, jakiego dokonała polska gospodarka. Polski rynek stał się po prostu za mały dla większości firm cieszących się sukcesem. Gdy zaś mowa o jakości, atrakcyjności rynkowej i renomie polskich produktów, to jeśli użyć porównania sportowego, do rekordów europejskich i światowych brakuje jeszcze wysokości i odległości, ale na mityngach międzynarodowych stajemy już na podium.

Pod względem wielkości rodzimych przedsiębiorstw prywatnych gramy nadal w III lidze europejskiej i IV interkontynentalnej, lecz awans jest kwestią czasu. Po to, żeby dostać się do pierwszej setki najbogatszych ludzi na świecie trzeba mieć, według Forbes, majątek wart 10,2 mld dolarów, a najbogatszy rodak ma zaledwie jedną trzecią tego. Nie jest to jednak powód do wstydu, bo światowi giganci rośli przez stulecia albo dojrzewali na bardzo nieczystej glebie, a nasi pretendenci – raptem przez ćwierćwiecze i jeszcze krócej.

Zaufanie – towar reglamentowany

Dobrem wielce deficytowym jest w Polsce, więc także w polskiej gospodarce, zaufanie. To dlatego w najściślejszych kręgach kierowniczych firm należących do liderów sukcesu dominują członkowie rodziny. Ma to dobre strony, bo firmy rodzinne przywiązują wielką wagę do schedy dla potomnych więc stronią od nieoswojonego ryzyka z siłą równą tej z jaką podejmują je oderwani od anonimowych właścicieli prezesi korporacji (prywatnych i państwowych).

Etatowi kierownicy chorują na short-termism, więc zrobią niemal wszystko dla poprawy wyniku z kwartału na kwartał, ponieważ ryzykują wyłącznie posadą, a nie milionami i miliardami własnego majątku. Firmy rodzinne pilnują natomiast przepływów gotówki, bo liczy się dla nich kasa potrzebna do utrzymania i rozwijania biznesu. Korporacje liczą natomiast wskaźniki, przychody i już zwłaszcza zyski.

Długofalowe podejście rodzinne ma jednak również swoje wady. Oparcie się na rodzinie z powodu niskiego zaufania do menedżerów najemnych ujawni niebawem problem sukcesji, bo założyciele się starzeją, a nie każdy syn, córka, czy bliski kuzyn ma dryg i pociąg do biznesu.

Zdaniem polskich przedsiębiorców, trzy najważniejsze cechy idealnego lidera biznesu to: skuteczna komunikacja, kreatywność i pewność siebie. W Europie kreatywność i pewność siebie nie jest w dobrej cenie. Są podejrzenia, że Zachód Europy znudził się już swym sukcesem i dorobkiem. Mieszkańcy jądra Unii skupiają się zatem na hedonistycznej i coraz bardziej ostentacyjnej konsumpcji, dbałość o przyszłość spychając na państwo, kiedyś tylko opiekuńcze, teraz kierowane ku przywództwu w gospodarce. Niebawem przyjdzie im i nam mówić z tego powodu z żalem: tu l’as voulu, George Dandin, czyli: sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało, bo głosów rozsądku nie słuchają i tam, i tu.

Amerykanie cenią najbardziej skuteczną komunikację wysuwaną na czoło ważnych cech również w Europie. Na równi z potrzebą powiadamiania o swoim istnieniu i sukcesie stawiają bycie inspiracją dla innych i pozytywny stosunek do rzeczywistości. W szerokiej czołówce jest w Stanach również uczciwość i poczucie humoru.

Polscy przedsiębiorcy lokują te dwie ostatnie wartości na samym końcu listy. Szukanie przyczyn bardzo niskiego standingu uczciwości może doprowadzić na dwa przeciwne krańce. Na jednym może być przekonanie, że wszyscy dookoła nas są nieuczciwi, więc rozważania o uczciwości są bez sensu. Na drugim chowa się pewność, że uczciwość to warunek sine qua non w biznesie zatem też nie ma o czym mówić.

W drodze do sukcesu pokonać trzeba wiele drzwi, a w nich wiele zamków. Bardzo często jest tak, że nie udaje się dobrać przedostatniego lub wręcz ostatniego kluczyka, a wytrychem nie da rady. W Polsce te brakujące kluczyki to bardzo często brak poczucia humoru oraz szukanie wszędzie dziury w całym.

Podobnego zdania jest prof. Waldemar Frąckowiak – pomysłodawca i założyciel Grant Thornton w Polsce, który podkreśla, że Amerykanie myślą zazwyczaj w kategoriach szans, zakładając, że „przecież mnie się musi udać”. Dlatego szukają od razu tych czynników, które mogą im pomóc. Takie podejście sprawia, że wytyczają bardziej optymistyczne cele.

Polacy to raczej malkontenci wyposażeni od małego w „geny” porażki. Chodzenia do przodu tyłem nauczyły nas klęski narodowe i będący ich pokłosiem kult martyrologii. Żeby jednak nie zwalać win wyłącznie na uciążliwe brzemię przeszłości podkreślać trzeba, że i dziś jest czym się martwić. Prawo, w którym bez kosztownych nici Ariadny gubimy się już za pierwszym zakrętem, wysokie i coraz to wyższe ryzyko polityczne, brak ochoty do porozumiewania się zarówno w sprawach fundamentalnych, jak i w tych najzwyczajniejszych, nieumiejętność lub brak ochoty wyrabiania sobie własnych poglądów, co sprawia, że ulegamy pierwszej lepszej manipulacji…

Lista garbów wyrosłych nam na grzbietach za naszym własnym przyzwoleniem potwierdza, że zamiast biec po prostej skupiać się musimy na przeszkodach. Jeśli zatem tyle sukcesów osiągamy w Polsce z materiałem ludzkim wyczerpanym przedzieraniem się w życiu i biznesie przez chaszcze, to ile dobrego czeka nas za rogiem?

Mimo wszystko, raczej więcej niż mniej. Źródłem rozsądnego optymizmu może być najnowsza edycja Globalnego Monitora Przedsiębiorczości autorstwa Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości i Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Większość Polaków pracujących „na swoim” postrzega już własną firmę jako szansę spełnienia marzeń i poprawy standardu życia, nie konieczność. W 2013 r. z konieczności zakładanych było 47 proc. firm, a poczucie szansy było głównym motywem jedynie w 33 proc. W 2015 r. relacje się odwróciły: konieczność wskazało 28 proc., a szanse 46 proc. indagowanych.

Jesteśmy bardziej ufni niż mieszkańcy południa Europy, którzy nic tylko marzą o etacie i dolce far niente na państwowym, lecz sporo dzieli nas od czempionów przedsiębiorczości. W naszym kręgu cywilizacyjnym szans na osobisty sukces upatruje w biznesie aż trzy czwarte Norwegów i Amerykanów.

>>> Polecamy: Mentalność rentierów. Dlaczego polscy przedsiębiorcy nie chcą podbijać świata?

Autor: Jan Cipiur