Mimo to nie zdecydowaliśmy się zabrać dzieciakowi ulubionej zabawki, dochodząc wspólnie do wniosku, że „przecież musi się rozwijać”. I faktycznie, rozwinął się. Przedwczoraj najwyraźniej zaintrygowało go to, w jaki sposób wydobywa się dźwięk z głośników. W tym celu rozebrał obie moje ulubione kolumny – swoimi malutkimi paluszkami powciskał wszystkie kopułki, wydłubał całą gumę z resorów, a nawet – choć nie mam pojęcia, jak udało mu się to zrobić – przepalił zwrotnice.

Leżąc na obserwacji na oddziale kardiologiczno-laryngologicznym, zacząłem przeglądać z nudów oferty sprzedaży nowych kolumn. Odkryłem, że są modele tytanowe, pozłacane, posrebrzane, wykonane z egzotycznego drewna, z elementami kości słoniowej, błyszczące, matowe, proste, krzywe, odporne na wilgoć, wstrząsy, do pomieszczeń przemysłowych etc. Są ich tysiące i niekiedy kosztują tyle, ile nowy samochód. Ale żaden, absolutnie żaden producent nie wynalazł jeszcze głośnika odpornego na słodziutkie paluszki rocznego dziecka. Dlatego – nie chcąc ryzykować – zdecydowałem się na zakup czegoś używanego. Ale nie w ciemno. Najpierw postanowiłem przeczytać kilka testów. Bo – jeśli jeszcze nie wiecie – są na świecie ludzie, którzy całymi dniami słuchają brzmienia głośników, a następnie wyrażają swoją opinię o nich. Celowo użyłem tu sformułowania „słuchają brzmienia głośników”, a nie „słuchają muzyki”. To drugie robicie wy. Oni natomiast są w stanie uszami rozpoznać, w której kopalni i o jakiej porze dnia została wydobyta miedź, z której wykonano kabel łączący głośnik ze wzmacniaczem. Myślicie, że żartuję? To posłuchajcie tego: „(...) słychać, iż konstruktorom chodziło bardziej o zwartość i szybkość niskich składowych niż o ich obfitość”. Albo tego: „Uwagę zwraca zbyt wypchany do przodu dźwięk fortepianu z prawej strony klawiatury”. Nie mam bladego pojęcia, co biorą ludzie, którzy to piszą, ale musi to być cholernie mocne. I najpewniej wsypują to sobie prosto do uszu.

>>> Czytaj też: Bąk: Mojemu porsche wycięto jaja [FELIETON]

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

Łukasz Bąk szef sekretariatu redakcji

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Gdybym ja w podobny sposób opisywał samochody, brzmiałoby to mniej więcej tak: „Moją uwagę przykuła wyczuwalna nieprecyzyjność osi skrętnej mająca prawdopodobnie swoje źródło w zbyt gęstym gwintowaniu śrub mocujących wahacz trapezoidalny oraz w zafałszowanych proporcjach materiałów, z których wykonano przegub łącznika”. Ale zamiast tego wolę napisać, że auto prowadzi się jak martwego psa. Bo to – moim zdaniem – lepiej przemawia do wyobraźni. Przez minionych 10 lat miałem przyjemność jeździć pewnie 600 samochodami. Liczba wydaje się imponująca, ale wierzcie mi – znam takich, którzy przetestowali ich kilka tysięcy. Mimo to gdy zapytacie ich o to, jaki model jest ich zdaniem najlepszy, oni zaczną tłumaczyć wam, w jaki sposób ruch liniowy tłoków zamieniany jest przez mechanizm korbowy na ruch obrotowy. Czy może być coś gorszego? Cóż... może. Rozmowa o motocyklach z kimś, kto się na nich naprawdę dobrze zna. Gwarantuję, że będzie próbował przekabacić was na swoją stronę, używając mnóstwa wyświechtanych stwierdzeń, m.in. że „motor daje poczucie wolności”, „jest trochę jak samolot” oraz że „nie zrozumie tego nikt, kto nie próbował”. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że będzie miał całkowitą rację.

Piszę to z punktu widzenia człowieka, który uległ takim namowom i po raz pierwszy w życiu wsiadł na jednoślad – suzuki burgmana. Szczerze mówiąc, początkowo miałem w planach spędzić na nim góra pięć minut i porzucić go gdzieś w krzakach na tyłach salonu, z którego go odebrałem. Jednak spodobał mi się tak bardzo, że jeżdżę nim już drugi tydzień, ukrywając się jednocześnie przed ludźmi z Suzuki, którzy żądają jego zwrotu.

Ci z was, którzy znają się na motocyklach, z pewnością pogardliwie parskną śmiechem na sam fakt, że takim mianem określam Burgmana, i to jeszcze z silnikiem o pojemności zaledwie 125 cm sześc. Ale naprawdę wydaje mi się on idealnym wyborem dla tych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z dwoma kółkami. Czyli dla mnie. Przede wszystkim jest wygodny i banalny w obsłudze – nie musicie robić nic poza odkręcaniem manetki gazu i naciskaniem hamulca. Nie musicie przyjmować pozycji odwróconej rodzącej kobiety, nie musicie się martwić zmianą biegów i nie musicie się siłować z utrzymaniem go w pozycji pionowej. Nie znam się na motorach, więc nie powiem wam, jak na tle konkurentów wyglądają jego osiągi, ale 12 koni wystarczyło do tego, żeby w ruchu miejskim być pierwszym na światłach, a na autostradzie rozbujać się do 122 km/h (z górki i z wiatrem w plecy). Wskazówka obrotomierza opierała się wówczas na cyfrze 9, a ja czułem się, jakby umieszczono mnie we wnętrzu sokowirówki, ale i tak bardzo mi się podobało. Niemniej, teraz do i z pracy jeżdżę głównie bocznymi, wiejskimi drogami, gdzie praktycznie nie ma ruchu. Taka podróż zajmuje mi 40 minut zamiast standardowych 25 minut samochodem, ale jest nieporównywalnie przyjemniejsza. Zatrzymuję się po drodze na siusiu w polu kukurydzy i papieroska w leśnym zagajniku, a inni motocykliści, których mijam, pozdrawiają mnie wyciągnięciem ręki. Czuję się zrelaksowany i – choć brzmi to strasznie głupio – wolny.

Nie oznacza to wszystko jednak, że nie dostrzegam pewnych wad i zagrożeń związanych z motorami. Pozwólcie, że podzielę się z wami kilkoma cennymi lekcjami, jakich udzieliło mi życie w ciągu minionych dwóch tygodni.

Kiedy droga jest mokra, w zakręty należy wchodzić z prędkością nie większą niż 0,1 km/h; uderzenie kropli deszczu w nieosłonięty policzek przy prędkości ok. 100 km/h porównywalne jest do przystawienia do niego paralizatora; zwykłe okulary przeciwsłoneczne ani trochę nie chronią przed wiatrem, znacznie lepiej sprawdzają się w tym celu narciarskie gogle; niektórzy kierowcy samochodów traktują was tak, jakbyście mieli na głowie kask niewidkę; podczas wyprzedzania TIR-a dobrze jest przypomnieć sobie tajemnice różańca – zanim go wyminiecie, zdążycie zmówić wszystkie; gdy kierowca auta przed wami zaczyna myć szybę, w ustach i nosie poczujecie, jakiego płynu używa; to, że świeci słońce i jest 25 stopni, nie oznacza, że możecie jechać w samym T-shircie, potem bolą korzonki; na motocyklu nie pali się papierosów.

Wracając natomiast do samego Burgmana 125, to choć – jak już wspomniałem – nie znam się na motorach, dostrzegłem w nim też pewne wady. Przednia szyba jest za niska, by dać choć minimalną ochronę przed wiatrem ludziom mojego wzrostu, czyli mierzącym powyżej 190 cm. Z kolei kanapa wydała mi się zbytnio pochylona do przodu – podczas mocniejszego hamowania czułem się, jakbym siedział na zjeżdżalni. Ale to już naprawdę wszystko, co potrafię mu wytknąć. Cała reszta wydała mi się świetna. Stworzona z myślą o tych, którzy do tej pory nienawidzili jednośladów albo przeciwnie – ciągnęło ich do nich, ale nie wiedzieli, od czego zacząć. Teraz mogą to zrobić, dysponując zwykłym prawem jazdy kat. B.

Reasumując, z motocyklami jest trochę jak z głośnikami – żadne, nawet najbardziej wyrafinowane i skomplikowane słowa nie są w stanie opisać tego, jak grają. Musicie ich posłuchać, żeby ocenić, czy wam się podobają. I tak samo musicie choć raz przejechać się jednośladem, by sprawdzić, czy to wasza bajka. Jeżeli jednak ten „pierwszy raz” odbędzie się z Burgmanem, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie się stanie. A teraz wybaczcie, lecę zapisać się na kurs na kat. A. Bo po dwóch tygodniach 125 cm wydaje mi się liczbą przynajmniej pięciokrotnie za małą... 

>>> Czytaj też: Polska branża motoryzacyjna kwitnie. Najlepsze wyniki od lat