Gdy w 2010 r. wprowadzano w Polsce zakaz palenia w miejscach publicznych, wywiązała się burzliwa dyskusja, czy nowemu prawu powinny się podporządkować prywatne puby oraz restauracje. Jego zwolennicy przekonywali, że „zdrowie jest najważniejsze”, przeciwnicy – że to skandal, ponieważ państwo ingeruje w sposób prowadzenia biznesu przez prywatnych przedsiębiorców. Zakaz wprowadzono. Polska wciąż istnieje. Barów jest może nawet więcej. Nie słychać też, by uformował się ruch żądający przywrócenia wolności palenia bez względu na miejsce. Pewnie zauważono, że po powrocie z „miasta” nie przynosi się już do domu tytoniowego smrodu. Że jest czyściej, zdrowiej i wygodniej. Ale w takim razie co z wolnością? O niej – dla wygody – zapomniano.

Nic dziwnego, że wywodzący się ze związków zawodowych propagatorzy zakazu handlu w niedzielę liczą na powtórkę. Najpierw trochę krzyku i szumu w mediach, potem wszyscy do nowego prawa po prostu przywykniemy, a ono samo okaże się koniec końców wspaniałym, dobroczynnym wynalazkiem. To jednak myślenie życzeniowe. Na palcach jednej ręki można wyliczyć przypadki, gdy wprowadzenie nowych zakazów dotyczących tego, jak, gdzie, kiedy albo czego nie można sprzedawać, przynosiło społeczeństwu więcej korzyści, niż wyrządzało szkód.

Przegrane wojny

Najbardziej drastycznym przykładem szkodliwych zakazów jest – proszę na chwilę wstrzymać się z moralnym oburzeniem – zakaz handlu narkotykami połączony ze zwalczaniem ich producentów i sprzedawców, a nawet konsumentów. Rządy całego świata, i to przy sporym poparciu społeczeństwa, prowadzą tę walkę już od ponad wieku. Z jakim skutkiem? Mark Thornton w „Ekonomii prohibicji” przekonuje, że wojna z narkotykami nie przynosi jakichkolwiek korzyści, generuje tylko nowe koszty i negatywne niezamierzone konsekwencje.

Zero korzyści – bo jej cel nie został zrealizowany. Miliony ludzi na całym świecie wciąż biorą narkotyki. UNODC, antynarkotykowe ramię ONZ, w zeszłorocznym raporcie przyznał, że konsumpcja narkotyków wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Najświeższe dane: w 2013 r. aż 5 proc. całej populacji świata w wieku od 15 do 64 lat (ok. 246 mln osób) chociaż raz przyjęło substancję narkotyczną. Z nich aż 27 mln to osoby od narkotyków uzależnione.

Same koszty – bo walka z narkotykami jest równie nieskuteczna, co droga. W samych tylko Stanach Zjednoczonych od czasów prezydenta Nixona (przełom lat 60. i 70.), za którego antynarkotykowa kampania nabrała tempa, wydano na ten cel już bilion dolarów. Globalnie wydaje się na to ok. 100 mld dol. rocznie. Mniej więcej tyle samo światowe rządy wydają na pomoc zagraniczną.

Negatywne niezamierzone konsekwencje – bo zakaz handlu narkotykami sprawia, że nielegalny rynek staje się negatywem normalnego rynku: cena narkotyków rośnie, a ich jakość spada. W rezultacie konsumenci narkotyków znacznie łatwiej wpadają w uzależnienie, niż gdyby substancje te dostarczano im legalnie. Ci, którzy szukają alternatyw, wpadają z deszczu pod rynnę. Popularne jest np. zażywanie vicodinu, środka przeciwbólowego, jako „bezpiecznej” alternatywy dla heroiny. Tyle że vicodin zażywany w „trybie narkotykowym” także zabija. Niezamierzoną konsekwencją jest także tworzenie świata przestępczego, który brutalnie walczy o wpływy. W wojnach narkotykowych tylko w ciągu ostatnich dziewięciu lat zginęło 100 tys. osób. I to tylko w Meksyku. Prohibicja narkotykowa skutkuje również robieniem przestępców z ludzi, dla których narkotyki to tylko weekendowa rozrywka, a nie sposób na zarobek. W USA co roku aresztuje się za narkotykowe przestępstwa ok. 1,6 mln Amerykanów, a wyroki za samo posiadanie narkotyków bywają surowsze niż za przestępstwa z użyciem przemocy.

Czy znajdzie się śmiałek, który udowodni, że prohibicja narkotykowa uratowała więcej żyć ludzkich, niż zniszczyła bądź zabrała? Jej całkowitą porażkę zauważa już w oficjalnych dokumentach nawet ONZ, które jeszcze w 1998 r. przekonywało, że w ciągu dekady świat będzie całkowicie wolny od narkotyków. Skąd brał się ten optymizm? Przecież to, że całkowity zakaz stosowania danego produktu przynosi więcej więcej złego niż dobrego, powinno być jasne co najmniej od lat 20. XX w., czyli od czasów prohibicji alkoholowej w USA. To właśnie prohibicja alkoholowa dała motor do rozrostu brutalnej i aktywnej do dzisiaj przestępczości zorganizowanej, a piciu alkoholu – zwykłej używki – nadała status indywidualistycznego buntowniczego rytuału. Symbolu wolności.

Ci, którym się wydaje, że walka z gospodarczymi zakazami to domena libertynów chcących bez ograniczeń pić, wciągać narkotyki i grać w pokera na duże stawki (ewentualnie szalonych zakupoholików), są w błędzie. Współczesne rządy roszczą sobie prawo do wprowadzania zakazów w dziedzinach zupełnie niezwiązanych z utracjuszostwem. Zakazują używania aplikacji mobilnych (np. Uber w Hiszpanii), co w oczywisty sposób hamuje postęp technologiczny. Zakazują tzw. krótkiej sprzedaży, czyli grania na spadki papierów wartościowych (np. w Anglii), co według ekonomistów redukuje płynność rynku, zaburza mechanizm cenowy, a nawet może prowadzić do załamań na rynku obligacji. Zakazują zastosowania nowych niezatwierdzonych jeszcze leków, nawet jeśli są one ostatnią nadzieją dla chorego i chory godzi się na ich użycie. Przykładowo legalizacja niektórych leków na HIV w USA odbyła się z kilku-, a nawet kilkunastoletnim opóźnieniem w stosunku do Europy. Ludzi, którzy w rezultacie przedwcześnie zmarli, nikt nie policzył. Federal Food and Drug Administration, amerykański regulator rynku leków, powszechnie obwiniany jest o tłumienie innowacyjności koncernów farmaceutycznych i opóźnianie wprowadzania przełomowych kuracji. A państwo mówi nieustannie: to dla waszego dobra.

Listę zakazów, które ten czy inny rząd wprowadził, wprowadzi albo chce wprowadzić, można ciągnąć w nieskończoność.

Definicja ulicy

Nawet gdy rząd na coś nam pozwala, lubi robić od tego wyjątki albo tę swobodę wydatnie ograniczać, żebyśmy przypadkiem od niej nie poszaleli. Takie ograniczenia także dyktowane są – jeśli wierzyć oficjalnej retoryce – naszym dobrem i także nie osiągają zamierzonych celów. Weźmy alkohol, bo tu ograniczeń jest sporo.

W Finlandii można go pić, lecz tylko taki, jaki sprzeda ci państwo. Jego dystrybucją zajmuje się tam wyłącznie sieć Alko w ograniczonych godzinach (9–20), a dodatkowo nakłada się nań bardzo wysoką akcyzę (najwyższą w całej Unii Europejskiej). Czy Finowie piją mniej? Nie. W ciągu ostatniego półwiecza spożycie alkoholu w Finlandii rosło (z 5 do 10 l czystego alkoholu na głowę mieszkańca) – podobnie jak liczba powodowanych nim zgonów (z ok. 10 do ok. 30 na 100 tys. mieszkańców). Jak zauważa Arto Koskelo, znany fiński bloger piszący o winie: „Wysokie ceny alkoholu na pewno mają wpływ na spożycie przez ludzi od niego uzależnionych. Jest ich ok. 5 proc. i są odpowiedzialni za 50 proc. ogólnego spożycia w kraju. Prawdopodobnie piją wódkę półlegalnie sprowadzaną z Estonii”. Innymi słowy, nie tylko prohibicja, ale nawet polityka regulująca tylko dostępność alkoholu sprawia, że osoby, którym w zamierzeniu ma pomagać, szkodzą swojemu zdrowiu bardziej.

W Polsce, w której alkohol można zakupić w sklepach prywatnych, bez względu na dzień tygodnia i porę dnia, ograniczenia przyjmują inny charakter. Między innymi nie można alkoholu spożywać w miejscu publicznym i nie można go reklamować. Przekaz ustawodawcy jest jasny: picie to po prostu czynność wstydliwa. Pij, ale się tym nie chwal.

Za złamanie pierwszego zakazu – o czym wie każdy student – grozi mandat w wysokości 100 zł. Ma to zapobiec demoralizacji otoczenia. Widzisz, że ktoś pije – będziesz pił i ty. Taka logika legislatora. Oczywiście, logika ułomna, bo przecież od oglądania Roberta Lewandowskiego nie staniesz się świetnym piłkarskim napastnikiem, ale nawet gdyby taka magia działała – przedmiotowy zakaz byłby nieskuteczny. Kwota 100 zł bowiem nie odstrasza tych, którzy chcą się napić pod chmurką. Jest za niska. Była ona za niska na przykład, żeby do picia piwa nad Wisłą zniechęcić Marka Tatałę, ekonomistę i eksperta Forum Obywatelskiego Rozwoju. Mandatu nie przyjął i od lipca 2015 r. jego sprawą zajmuje się sąd. W tym momencie – po apelacji od wyroku skazującego – już Sąd Najwyższy. Ma on rozstrzygnąć, czy w zakres tego, co ustawodawca nazywa ulicą, wchodzą bulwary, czyli miejsce, gdzie Tatałę na piciu przyłapano.

Czy to nie absurd, że SN zajmuje się sprawą tak znikomej rangi? A jednak jest to naturalny efekt istnienia kuriozalnych zakazów – powodują one większą ilość problemów, niż rozwiązują. Dodajmy, że ci, którzy alkohol spożywają w sposób naprawdę ostentacyjny, np. kibice piłkarscy (kto choć raz znalazł się w pobliżu stadionu w godzinach meczu, ten dobrze wie, o czym mowa), rzadko są karani mandatami.

Złamanie zakazu reklamy alkoholu to sprawa poważniejsza – grozi za to grzywna do 500 tys. zł. W rezultacie marketingowcy polmosów właściwie nie mają co robić. Przynajmniej oficjalnie. Dlatego dwoją się i troją, myśląc, jak by tu ustawę o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi obejść i zareklamować swoje produkty tylnymi drzwiami. Problem w tym, że ustawa jest sformułowana tak, że zamyka właściwie każde drzwi i to tylko „łaskawe” oko władzy niedowidzi niektórych akcji promocyjnych, które teoretycznie są zakazane. Mowa np. o wydarzeniach artystycznych otwarcie sponsorowanych przez alkoholowe marki.

Może władza choć świadoma jest tego, że zakaz reklamy alkoholu nie ogranicza jego spożycia? Od 1998 r. jego konsumpcja w Polsce wzrosła z 7 l do ok. 10 l czystego alkoholu na osobę. Wszyscy przecież wiemy, że alkohol istnieje, i wiemy, gdzie go kupić. Reklamy mogłyby wpływać na to, co kupujemy, a nie – że kupujemy. W pewnym sensie – alkohol jest jak chleb.

Dr Robert Higgs, wolnorynkowy ekonomista z think tanku Independent Institute (USA), zwraca uwagę, że próba zakazywania handlu danymi produktami dla „naszego dobra” pomija podstawową obserwację, że ludzkie wybory i wartościowanie są skrajnie subiektywne i w każdym przypadku związane z jakąś niedoskonałością czy ryzykiem. „Załóżmy, że chcę skonsumować produkt X i że ty wiesz o nim coś, czego ja nie wiem. Np. że powoduje śmierć w 1 na 100 tys. przypadków. Czy zakazanie mi zakupu owego produktu zwiększy mój dobrostan? Nie. Zakazanie X to przecież co innego niż danie mi nowej informacji na jego temat. Pozbawiając mnie opcji skonsumowania albo odrzucenia X, sprawiasz, że mam się gorzej, a nie lepiej, ponieważ usuwasz preferowany przeze mnie obiekt z otwartych przede mną alternatyw. Użyteczność zaś, którą maksymalizuję, podejmując wybory na rynku, jest użytecznością subiektywną i skierowaną ku przyszłości, a nie użytecznością ex post ocenioną przez kogoś w moim imieniu” – tłumaczy Higgs w jednej ze swoich prac. Skomplikowane? W żadnym wypadku. Mówi mi: nie jesteś mną, więc nie możesz rozumieć moich preferencji ani narzucać mi własnych.

Moje ciało – moja sprawa

Gospodarcze efekty wprowadzania różnego typu zakazów mogą być przedmiotem rzeczowej rozmowy. Jednak dyskusja ta nabiera pełnego sensu, tylko jeśli wcześniej rozstrzygniemy bardziej fundamentalny, filozoficzny problem: czy rząd w ogóle ma prawo – bo że ma możliwość, to jasne – zakazać nam czegoś, jeśli uważa, że jest to dla nas szkodliwe?

Na pierwszy rzut oka – jasne, że ma. W końcu zakazuje np. kradzieży i surowo ją ściga. A jednak kradzież i inne ujęte w kodeksie karnym występki są zabronione nie dlatego, że szkodzą złodziejowi, oszustowi czy mordercy, ale dlatego, że szkodzą ich ofiarom.

Czy do katalogu rzeczy, których można zgodnie z taką logiką zakazać, należą palenie marihuany, picie piwa albo niedzielne zakupy? Czy przy okazji każdego takiego zdarzenia mamy tu do czynienia ze sprawcami i ofiarami? Nie. A może z jakąś obiektywną, mierzalną, jednoznaczną szkodą społeczną, czyli „efektem zewnętrznym” dotykającym całej społeczności – przecież palenie prowadzi do kosztownych w leczeniu chorób nowotworowych, a picie do uzależnień? Nie. Nie każdy piwosz jest alkoholikiem, nie każdy palacz choruje na raka. Nie każdy zatem produkuje efekty zewnętrzne.

Natura tych zakazów jest inna. Chodzi o prymitywny paternalizm. Przekonanie, że rządzący powinni myśleć o obywatelach jak o swoich pociechach, którym – gdy wiatr wieje – koniecznie trzeba naciągnąć czapkę na uszy, żeby się nie przeziębiły. Nawet gdy protestują. Ta walka o nasze dobro sprowadza się do komunikatu: obywatelu, pod takim a takim rygorem nie możesz uczestniczyć w takich a takich aktywnościach. Nic to, że same z siebie nikomu postronnemu one nie szkodzą. Tak będzie lepiej. Na wszelki wypadek. Zaufaj nam.

Na takie dictum najlepiej odpowiedzieć popularnym ostatnio sloganem „moje ciało – moja sprawa”. To strywializowana wersja definicji wolności sformułowanej jeszcze w XIX w.: „Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się twój nos”. Wywodzi się ona, jak zauważa w książce „Seks i rozum” prof. Richard Posner, amerykański teoretyk prawa, z liberalizmu angielskiego myśliciela Johna Stuarta Milla. „Zgodnie z nim rządowa ingerencja w dobrowolne aktywności dorosłych jest zasadna tylko, jeśli da się udowodnić, że służy ochronie wolności albo własności osób postronnych” – pisze Posner.

Jednak w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie powinniśmy się cofnąć jeszcze bardziej – do myśli słynnego XVII-wiecznego filozofa (i pioniera monetaryzmu w ekonomii) Johna Locke’a. To on opracował ideę „samoposiadania”, która z kolei wpłynęła na tok myślenia filozofów oświeceniowych i ukształtowała współczesne nam rozumienie wolności i własności. „Człowiek dysponuje własnością swej osoby. Nikt nie ma do niej żadnego uprawnienia poza nim samym” – pisał Locke w „Dwóch traktatach o rządzie”. Jeśli władamy sobą, władamy także swoją pracą oraz jej wytworami, które możemy zatem swobodnie wymieniać z innymi.

Jeśli uważamy to stanowisko za nadal aktualne, to musimy przyznać, że dorosłe osoby powinny mieć prawo do decydowania o sobie. Powinny być z miejsca uznawane za zdolne do kierowania własnym losem, zarządzania własnością i ponoszenia odpowiedzialność za swoje – także nietrafione – decyzje. Paternalizm jest z tym sprzeczny.

Ta leniwa niedziela

W tym świetle zakaz handlu w niedzielę to propozycja absurdalna – każdy z nas jako suwerenna jednostka wybiera moment zawarcia transakcji i jej charakter, nawet jeśli politykom wydaje się on niewłaściwy. Jeśli chcę właśnie w niedzielę otworzyć swój sklep, to nic im do tego. Chyba że uważają, że zmuszam swoich pracowników do pracy w nim. Wtedy jednak moją konkretną sprawą powinien zająć się prokurator, a nie regulator.

Na szczęście do udowodnienia, że zakaz handlu w niedzielę jest szkodliwy, nie trzeba wyznawać klasycznie liberalnych wartości ani nawet wierzyć w subiektywistyczną teorię wartości leżącą u podstaw analizy Higgsa. Wystarczy otwartość na dowody empiryczne.

Zwolennicy zakazu argumentują, że da on wyzyskiwanym przez pracodawców pracownikom dużych sklepów dzień oddechu. Obecnie, jak twierdzą, praca w niedzielę jest swoistym ekonomicznym przymusem. Nie musimy się obawiać, przekonują, że w wyniku zakazu handlu spadną ogólne przychody z handlu, ponieważ ludzie będą robić „niedzielne” zakupy w sobotę albo w inne dni tygodnia. W przyrodzie przecież nic nie ginie.

Brzmi to pięknie, ale nie ma nic wspólnego z faktami. Zakazy czy godzinowe ograniczenie niedzielnego handlu funkcjonują w wielu krajach zachodnich i były przedmiotem badawczego zainteresowania ekonomistów. Nie musimy tutaj teoretyzować. I tak w 2015 r. badacze z London School of Economics, Christos Genakos i Svetoslav Danchev, opublikowali pracę, w której przeanalizowali dane z 30 krajów Europy zebrane w okresie 1999–2013. W niektórych z tych krajów istniały ograniczenia bądź zakazy handlu w niedzielę, które w badanym okresie zostały zliberalizowane. „Po pierwsze, znajdujemy istotne dowody na to, że taka liberalizacja wpływa pozytywnie na poziom zatrudnienia poprzez tworzenie nowych miejsc pracy. Po drugie, powoduje wzrost obrotów. Po trzecie, w jej wyniku zwiększa się liczba firm w sektorze handlu – piszą ekonomiści w podsumowaniu swoich badań. – Deregulacja może być tu potężnym narzędziem w redukowaniu bezrobocia. Może także poprawić wyniki finansowe przedsiębiorstw handlowych”. Z tymi wnioskami zgodzi się większość ekonomistów.

Jeśli efekty zniesienia zakazu handlu w niedzielę są pozytywne, to łatwo domyślić się, że efekty jego wprowadzenia będą negatywne. Może zatrudnienie nie spadnie od razu, ale będzie wolniej rosnąć. Spadną obroty, bo trzeba by nagiąć prawa fizyki, żeby tę samą liczbę transakcji co w trakcie siedmiu dni konsumenci byli w stanie wykonać w ciągu sześciu. W efekcie pracownicy będą musieli wyrabiać nadgodziny za mniejsze stawki. Spadnie też poziom ochrony ich miejsc pracy – staną się bardziej podatne na likwidację i wymianę na maszyny – np. na kasy automatyczne. Karthik Reddy z Harvard Law School podkreśla, że podobne efekty ma nie tylko ograniczanie handlu w niedzielę, ale też jakiekolwiek limitowanie godzin handlowych. „Od 2006 r. w niektórych niemieckich landach górne limity godzinowe prowadzenia handlu usunięto. Ceny produktów spadły, a obroty wzrosły” – pisze Reddy na swoim blogu.

Oczywiście, tego rodzaju argumentacja nie nadaje się na odpowiedź tym, którzy źródeł zakazu niedzielnego handlu upatrują w religii. Nawiasem mówiąc, nie wiedzieć czemu przykazanie „Dzień święty święcić” oznacza dla nich zakaz handlu, a nie przesiadywanie z piwem przed telewizorem.

Niemniej skutkami ekonomicznymi takiego zakazu także oni będą dotknięci. Tak jak Węgrzy, którzy wprowadzili go w marcu 2015 r. Z dnia na dzień pracownicy dużych sieci handlowych (Tesco, Aldi, Spar, Lidl) musieli pracować dłużej w tygodniu za mniejsze stawki, niż wcześniej mieli okazji zarobić w niedzielę. Niezadowoleni byli także klienci zmuszeni do zmiany przyzwyczajeń zakupowych. Po roku rząd zakaz wycofał.

Uczmy się na węgierskich błędach i nie wprowadzajmy tego zakazu wcale. Różnego typu ograniczeń mamy przecież obecnie tak wiele, że byłoby rodzajem legislacyjnego sadomasochizmu dorzucać kolejne. Z wyjątkiem może tylko jednego – zakażmy dalszego zakazywania. Przynajmniej w gospodarce. ⒸⓅ