Jeden z moich przyjaciół, również matematyk, ma inny sposób liczenia czasu. Pod koniec października twierdzi on, że za miesiąc będzie... połowa stycznia. I tłumaczy to tak: pierwsze dwa tygodnie listopada to święta, wyjazdy i krótkie tygodnie pracy. Zawsze kogoś nie ma, ktoś jest chory, ma chore dziecko, ktoś jest na urlopie. Później, do połowy grudnia, cztery tygodnie spokoju (to właśnie ten miesiąc pracy) i zaraz po tym jest już połowa stycznia. Pracownicy, owszem, pracują, a w tym czasie dominują sprawozdawczość i budżet. Nie ma czasu na „pracę myślową”.

Kiedy w połowie października zapowiedziano wprowadzenie jednolitego podatku, a miał on obowiązywać od początku 2018 r., mówiłem moim znajomym oraz pracownikom i współpracownikom: spokojnie, ten projekt już jest spóźniony. Załóżmy, że ministrowie się nie pokłócą, że będzie zastosowana „szybka ścieżka legislacyjna” i odpowiednia ustawa wraz z przepisami wykonawczymi zostanie przyjęta natychmiast. I co dalej?

Wszystko zależy od charakteru zmian. Jeżeli będzie to korekta istniejących rozwiązań, np. obniżenie stawek podatku VAT czy zwiększenie kwoty wolnej od podatku dla osób fizycznych, to wystarczy zmiana kilku parametrów w już istniejącym systemie. Ale zmiana, którą zaproponowano miesiąc temu, miała mieć charakter systemowy.

I tu zaczyna się trudność: stworzenie nowego systemu informatycznego. Systemu, który zostałby wdrożony w urzędach skarbowych oraz oddziałach ZUS i współpracowałby z innymi już istniejącymi rozwiązaniami. Na początku trzeba go zaprojektować. Zaangażowane zostaną odpowiednie działy i departamenty, dokumenty przejdą do nich z właściwymi dekretacjami przez odpowiednie rozdzielniki, a później wrócą. Ale który departament jest ważniejszy? Kto jest właścicielem projektu, a kto jego koordynatorem?

Kiedy założenia zostaną poczynione, przyjdzie czas na SIWZ, czyli Specyfikację Istotnych Warunków Zamówienia. Na podstawie tego dokumentu powinien zostać ogłoszony przetarg. Oczywiście trzeba go objąć tarczą antykorupcyjną. A jak przetarg, to protesty i odwołania. I wszystko to miało być zrealizowane do końca 2017 r.?

Przytoczę dwa przykłady. Pierwszy, informatyczny. System CEPiK 2.0: prace nad nim trwają od września 2013 r., a kolejna już data uruchomienia to czerwiec 2018 r. Jeszcze niedawno miał to być styczeń 2016, zaś później styczeń 2017 r. Trzy tygodnie temu na stronie Centralnego Ośrodka Informatyki, twórców tego oprogramowania, ukazał się komunikat o Nowym Otwarciu CEPiK 2.0: „Zaktualizowany harmonogram, podział wdrożenia na etapy, powołanie programu na szczeblu międzyresortowym, zaangażowanie i współpraca wszystkich interesariuszy oraz weryfikacja przepisów – program będzie prowadzony w zupełnie nowy sposób”.

Przykład drugi, legislacyjny. Od lipca tego roku emitenci akcji notowanych na giełdzie są zobowiązani do stosowania rozporządzenia Parlamentu Europejskiego z 2014 r. w sprawie nadużyć na rynku zwanego rozporządzeniem MAR. Zastąpiło ono przepisy z 2003 r. W Polsce również miały zostać uchylone stare i wprowadzone nowe regulacje. Miały, ale nie zostały, ponieważ akty prawne związane z regulacjami MAR znajdują się jeszcze w „fazie projektu”. Może zostaną wprowadzone w lipcu przyszłego roku, w okrągłą rocznicę.

Zastanawiam się, czy opisane powyżej opóźnienia mają charakter błędu systematycznego i są przez to powtarzalne, czy są może przypadkowe i wynikają z jakichś zdarzeń jednorazowych, takich jak wymiana kadr. A wymiana kadr? To błąd systematyczny czy już błąd systemowy?

Zostawmy semantykę, wróćmy do projektu wprowadzenia jednolitego podatku, który byłby złożeniem działań legislacyjnych i informatycznych. Czas jego realizacji? Zastanawiam się, czy powinno się go mierzyć w miesiącach, w kwartałach czy w latach. Można odrzucić metodę liczenia czasu stosowaną przez mojego kolegę i uznać, że zespoły pracują efektywnie przez cały rok. Można poprosić ludzi o wydłużenie czasu pracy. Sugeruję tylko, żeby nie prosić ich o wydłużenie doby. Jak pokazuje historia, prowadzi to do chaosu i katastrofy. ⒸⓅ