Partia Jarosława Kaczyńskiego szykuje się do trzyletniego wyborczego finiszu. Po kongresie, który odbył się 1 lipca, PiS wszedł w ostatni wiraż przed długą prostą. Teraz w ciągu kilku miesięcy chce załatwić wszystkie sprawy, które są kontrowersyjne, budzą społeczny opór czy narażają na zarzuty o obchodzenie konstytucji.

Jeszcze przed lipcowym kongresem przekaz był jasny: musimy szybko uchwalić ustawy o sądach, dekoncentracji mediów oraz zmiany w ordynacji wyborczej, a potem uspokajamy sytuację. Ten plan właśnie jest wdrażany. Stąd „domykanie” najbardziej drażliwych projektów ustaw dotyczących sądownictwa, jak te o KRS, ustroju sądów powszechnych i projekt ustawy o Sądzie Najwyższym.

– Rząd i prezydent mają dobre notowania, a więc PiS z tego korzysta – tłumaczy Anna Materska-Sosnowska, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Do tego Prawo i Sprawiedliwość wybrało optymalny moment. Bo lipiec, choć od kilku lat bywa politycznie gorący, nie jest miesiącem, w którym z napięciem śledzimy to, co dzieje się na Wiejskiej. Jeśli w wakacje uda się przepchnąć niepopularne oraz krytykowane rozwiązania, reakcja na nie nastąpi po powrocie urlopowiczów z Ustki czy Szarm el-Szejk. Będzie dużo słabsza.

Krok za daleko

Proponowane zmiany dają PiS potężną władzę nad wymiarem sprawiedliwości. – To spełnienie marzenia o tym, by wszystko było po naszemu – mówi politolog Jarosław Flis. Partia Kaczyńskiego korzysta na krytyce sędziów – zresztą sama ją „podkręca”. W wielu przypadkach zarzuty są słuszne, ale nie ma pewności, czy propozycje uzdrowią sytuację. Pewne jest za to co innego – jeśli w życie wejdą trzy ustawy (o KRS, ustroju sądów powszechnych oraz SN), PiS będzie mógł dokonać szybkiej wymiany kadr na wszystkich szczeblach sądownictwa. – Te zmiany są przeprowadzane z dwóch powodów. Pierwszy: to niechęć prezesa do instytucji, które są niezależne od niego i mogą przeszkodzić w rządzeniu. Drugi: by sądy orzekały po myśli PiS, np. w sprawie rozprawy z opozycją czy mediami – mówi politolog Rafał Matyja.

Materska-Sosnowska zwraca uwagę, że reformy proponowane przez PiS dążą do scentralizowania władzy państwa – i to w niespotykany od lat sposób. – Do tej pory mieliśmy decentralizację państwa, czego świadectwem były toczone dyskusje na temat kolejnych zadań nakładanych na samorządy, zazwyczaj bez rekompensat finansowych – podkreśla. Centralizacja kusi, gdyż takie państwo jest bardziej sterowne i łatwiej nim zarządzać. – Dla mnie zaskoczeniem jest skala centralizmu PiS. To musi budzić zaskoczenie także w samej partii. To miało być przecież ugrupowanie może niekoniecznie prosamorządowe, ale na pewno prolokalne. A okazuje się, że może być z tym kłopot – dodaje Matyja.

Kaczyński doskonale wie, że proponowane zmiany będą budziły opór nie tylko opozycji, ale także wśród samych polityków PiS. – Zmiany są konieczne, ale to poszło za daleko – mówi jeden z nich o projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym.

Ale kierownictwo klubu wykorzystało kryzys, który wybuchł przy okazji projektu o podwyższeniu wysokości opłaty drogowej, by zdyscyplinować posłów.

Opłata drogowa

Nieoczekiwanie dla PiS największym zagrożeniem dla wewnętrznej spójności stała się kwestia opłaty drogowej, czyli 20-groszowej daniny na drogi lokalne i krajowe. Projekt ujawniono w czasie, gdy prezydent Donald Trump przyjechał do Polski. Gdy tylko wyjechał, rozgorzał spór.

– W październiku 2016 r. Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów kierowany przez premiera Morawieckiego rozważał wprowadzenie takiego projektu, ale wówczas nie było odpowiednich warunków gospodarczych. Dziś warunki gospodarcze są imponujące i dziś jest ten moment, gdy można wprowadzać taki program – mówiła podczas sejmowej debaty premier Beata Szydło. Z kolei minister infrastruktury Andrzej Adamczyk podkreślał, że samorządy nieustannie zwracały się do jego resortu o finansowe wsparcie na drogi, podkreślając, że nie mają na ich budowę i utrzymanie odpowiednich środków.

Mają sporo racji. Bartosz Jakubowski z Klubu Jagiellońskiego wskazuje, że drogi pozostające w gestii samorządów to ponad 93 proc. wszystkich utwardzonych szos w kraju. W latach 2006–2015 samorządy wybudowały łącznie 37,7 tys. km nowych dróg i zarządzają obecnie ponad 271 tys. km dróg. Dla porównania sieć należąca do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad to zaledwie 19,2 tys. km. W tym czasie lokalne wydatki na drogi wzrosły (w zależności od szczebla samorządu) od połowy do 80 proc.

Stałe źródło wsparcia samorządów jest pożądane, choć trzeba postawić pytanie o motywy polityczne, którymi kierował się PiS. – Dziś najmniejsze samorządy bezskutecznie pukają do urzędów marszałkowskich obsadzonych przez PO i PSL i odchodzą z kwitkiem – mówiła w Sejmie Beata Szydło. Krytycy wskazują więc, że głównymi beneficjentami nowego podatku mogą być jedynie samorządy, w których rządzi partia Kaczyńskiego lub którym jest przychylna.

Ale beneficjentami będą nie tylko samorządy, bo połowa pieniędzy z opłaty drogowej, czyli ok. 2,5 mld zł, ma trafiać do Krajowego Funduszu Drogowego.

Pierwotnie opłata miała być o połowę niższa i wynosić ok. 10 gr, ale jak tłumaczy DGP jeden z parlamentarzystów PiS, trzeba było znaleźć pieniądze na sfinansowanie trasy biegnącej z północy na południe naszego kraju wzdłuż wschodniej granicy – Via Carpatia. – PO zostawiła nam rozbuchany plan budowy dróg bez pokrycia. Gdy Adamczyk w końcu rozdysponował środki, okazało się, że nie zaplanował wydatków na tę drogę. Prezes kazał mu więc znaleźć dodatkowe pieniądze, bo inaczej straci stanowisko – opowiada. Dla Jarosława Kaczyńskiego Via Carpatia to strategiczny projekt, bo łączący Polskę i wschodnią flankę Unii Europejskiej, czyli Trójmorze. W efekcie stawkę opłaty zwiększono do 20 gr.

A to już duża podwyżka, co wywołało reakcję w PiS. Posłowie przestraszyli się, że gdy wrócą do okręgów, będą musieli się tłumaczyć wściekłym wyborcom. Część posłów chciała zagłosować, część wycofać podpisy pod projektem. W efekcie szef klubu Ryszard Terlecki zapowiedział, że PiS musi uchwalić w wakacje ustawę o sądach, nowe prawo wodne oraz wprowadzić opłatę drogową. A jeśli tak się nie stanie, to jesienią odbędą się przyspieszone wybory, a ci, przez których ustawy przepadną, nie będą mieli miejsc na listach.

Prawa wodnego, mimo napomnień Brukseli, nie udało się uchwalić ani rządowi PO, ani Beacie Szydło. Jeśli nie wejdzie ono w życie w wakacje, Polsce grożą kary. Stąd dołączenie tego projektu do katalogu zmian, których nieuchwalenie grozi wcześniejszymi wyborami. – Taki pomysł pewnie chodzi po głowach ludzi z kierownictwa PiS. Zapewne wiele razy rozmawiali o tym, co zrobią, jak stracą większość. W takim przypadku to jeden z możliwych wariantów. Ale to, co jest opowiadane w ramach perswazji wewnątrz partii, niekoniecznie jest rzeczywistym planem – podkreśla Rafał Matyja. Groźba okazała się skuteczna, bo tylko jeden z posłów PiS sprzeciwił się projektowi. – Prezes lubi przygiąć młodych, żeby wiedzieli, gdzie ich miejsce – mówi jeden ze starszych polityków tej partii.

Czekając na mobilizację

Uboczny polityczny efekt wprowadzenia opłaty drogowej to ewentualne osłabienie ministra finansów, z czego część posłów PiS się cieszy. – Projekt został zgłoszony jako poselski, choć został przygotowany w resorcie infrastruktury. Ale przeciętny Polak będzie myślał, że to inicjatywa resortu finansów, a skoro wszędzie słyszy o budżetowych sukcesach, to będzie pytał, dlaczego Morawiecki wprowadza podatek. Premier nie przypadkiem wspomniała o Morawieckim w czasie swojego wystąpienia – mówi jeden z posłów PiS. Partia nadal nie ma jednak pewności, czy ustawę uda się przyjąć bez kłopotów – bo podczas pierwszego czytania projektu „za” było 226 posłów. A to, gdyby w pełni zmobilizowała się opozycja, może okazać się za mało do finalnego przeforsowania projektu. Dlatego PiS czeka pełna mobilizacja przy okazji głosowań nad tym projektem, co nastąpi do końca lipca.

Przewagą partii Jarosława Kaczyńskiego jest to, że nie tylko ma większość, ale pozostaje najbardziej zwartą siłą w Sejmie. Opozycja jest podzielona i ma problemy z koordynacją działań. Do tej pory była skupiona na wewnętrznej rywalizacji, ale przeciwdziałanie planom PiS może ją skonsolidować. – To zamach stanu. To uderzenie w trójpodział władz, demokrację parlamentarną i historię ostatnich 27 lat – mówił wczoraj szef PO Grzegorz Schetyna. Testem owej współpracy i siły będzie zwołana na niedzielę manifestacja przeciwko zmianom w wymiarze sprawiedliwości.

PO liczy, że do gry wkroczy także prezydent Andrzej Duda, który zawetował ustawę o regionalnych izbach obrachunkowych – i że to samo zrobi z ustawami dotyczącymi sądów. – Nie przeceniałbym jednego weta. Na pewno Duda poczuł się pewniej po wizycie Trumpa, sondaże ma dobre, ale ma też świadomość, że bez PiS ponownie nie wygra – mówi politolog Jarosław Flis. – Na pewno prezydent będzie się chciał naradzić z prawnikami, wysłuchać argumentów. Pytanie, czy w grę wchodzą zarzuty niekonstytucyjności, czy chodzi o zmianę dotychczasowych zasad, do których wszyscy się przyzwyczaili. Teraz trudno powiedzieć, jakie będą decyzje – mówi nasz informator z Pałacu Prezydenckiego.

Na pewno gdyby Andrzej Duda chciał wzmocnić swoją pozycję, to nie tylko zawetowanie którejś z ustaw dotyczących sądownictwa, ale sama groźba może być do tego świetnym instrumentem.

Bez względu na finał tych ustaw, kolejna polityczna runda czeka nas jesienią. Wtedy PiS będzie chciał wprowadzić ustawę o dekoncentracji mediów i zmienić ordynację wyborczą do samorządów. 

>>> Czytaj też: Czy to już koniec demokracji? Jedlak: Chcę wierzyć, że w polityce mimo wszystko chodzi o ideały