W klasycznym ujęciu Pierre’a Bourdieu klasy społeczne dzielą się na dominującą, średnią i niższą. Głównymi kryteriami podziału są posiadany poziom kapitału społecznego, kulturowego, ekonomicznego i symbolicznego. Każda z klas dzieli się z kolei na trzy frakcje: dominującą, pośrednią i zdominowaną.

W ostatnich latach popularność zyskała jednak teza o końcu klas, która została rozwinięta między innymi w książce „Death of Class” Jana Pakulskiego i Malcolma Watersa. Głównym czynnikiem prowadzącym do zaniku tradycyjnego podziału jest zdaniem autorów różnicowanie się społeczeństwa zaawansowanej fazy kapitalizmu. Pakulski i Waters piszą w jednym z artykułów: „w zaawansowanych społeczeństwach ma miejsce radykalny rozpad klasy w dwojakim sensie: utraty centralnego miejsca stosunków ekonomicznych, szczególnie opartych na własności i produkcji jako determinant członkostwa, tożsamości i konfliktu oraz przesunięcia we wzorach tworzenia się grup i linii podziałów socjopolitycznych”. Badacze nie twierdzą, że mamy do czynienia z przedefiniowaniem pojęcia i wyznaczeniem nowych granic klasowych, ale w ogóle z zanikiem procesu reprodukcji klas. Trudno jednakże pozbyć się wrażenia, że żyjemy w co prawda zróżnicowanym i zglobalizowanym, ale nie pozbawionym podziałów społeczeństwie.

Innej ciekawej koncepcji podziału klasowego, wydaje się że znacznie lepiej odpowiadającej współczesnemu społecznemu zróżnicowaniu, dostarczyło BBC, którego badanie wskazuje na występowanie aż 7 klas społecznych. Dotyczyło ono co prawda brytyjskiego społeczeństwa, ale warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób odnosi się do polskich realiów. W badaniu wzięło udział 160 tys. respondentów. Wyniki są o tyle zaskakujące, że wskazują na znacznie wyższy stopień skomplikowania struktury społecznej niż w klasycznych koncepcjach.

BBC dzieli brytyjskie społeczeństwo na następujące klasy: elitę, uznaną klasę średnią (ang. established middle class), techniczną klasę średnią, nowych zasobnych pracowników (new affluent workers), tradycyjną klasę robotniczą, kształtującą się klasę pracowników usług oraz prekariat.

Zdaniem Brytyjczyków klasa społeczna ma trzy wymiary: ekonomiczny, społeczny i kulturowy. Pierwszy z nich określają dochody, oszczędności, posiadane nieruchomości oraz kapitał społeczny. Drugi obejmuje liczbę i status osób, które znamy, natomiast trzeci odnosi się do zakresu i charakteru zainteresowań i aktywności kulturalnych danej osoby.

We wszystkich tych wymiarach na Wyspach zdecydowanie dominuje elita, głównie za sprawą ogromnej przewagi nad pozostałymi klasami pod względem wielkości posiadanego majątku. Drugą z kolei od względem bogactwa jest uznana klasa średnia, która jest najbardziej towarzyską i liczną spośród wszystkich klas. Stosunkowo młodą i nieliczną jest techniczna klasa średnia. Charakteryzuje się ona dużym ekonomicznym potencjałem, ale niskim kapitałem społecznym i kulturowym. Jest kulturowo „apatyczna” i izoluje się od pozostałych warstw. Jej przeciwieństwem są „nowi zasobni pracownicy” – to grupa, która jest bardzo aktywna społecznie i kulturowo, jednak prezentuje się przeciętnie pod względem posiadanego majątku. To głównie osoby zatrudnione w sprzedaży, handlu detalicznym oraz branży restauracyjnej. Średnie wynagrodzenie gospodarstwa domowego należącego do tej klasy to około 30 tys. funtów rocznie. Tradycyjna klasa robotnicza dysponuje relatywnie ubogimi zasobami w każdym z klasowych wymiarów, jednak nie jest w dużym stopniu zubożała. Pracownicy usług mają dosyć wysoki kapitał społeczny oraz kulturowy, jednak wyraźnie niedomagają finansowo. Z kolei najbiedniejszą, najbardziej zmarginalizowaną pod każdym względem klasą jest prekariat. W Wielkiej Brytanii stanowi sporo, bo aż 15 proc. całego społeczeństwa.

Klasy społeczne w Polsce

Czym charakteryzuje się polski system klasowy? Zdaniem dr hab. Macieja Gduli jedną z jego wyróżniających cech jest ekonomiczna słabość niższej klasy średniej. Podkreśla on, że mainstreamowy medialny przekaz do jej przedstawicieli brzmi: „możecie być jak społeczna elita, której życie codziennie oglądacie na ekranach TV”. To jednak wierutne kłamstwo, a różnica pomiędzy stylem życia establishmentu i znacznej części klasy średniej ma charakter jakościowy, a nie ilościowy. W jakich aspektach życia najbardziej się zaznacza? Na przykład w zakresie edukacyjnych szans. - Prywatne szkoły średnie dla klasy wyższej kosztują w Warszawie nawet 100 tysięcy za rok. Klasa średnia nie ma takiego startu - mówi Gdula w wywiadzie dla Krytyki Politycznej.

Badacz zwraca uwagę na to, że w Polsce około 2-3 proc. rodzin żyje w izolacji i nie musi mierzyć się z większością społecznych problemów. Wielu przedstawicieli klasy średniej karmi się iluzją, że mogą sobie pozwolić na elitarny standard życia. Efektem tego musi być narastająca frustracja.

Analizując statystyki, na przykład odnoszące się do rozwarstwienia dochodowego w Polsce (indeks Giniego), można dojść do wniosku, że nie odbiega ono negatywnie od unijnej średniej. Według raportu OECD z końca 2016 roku wartość współczynnika dla Polski wynosi 0,3, co plasuje nas w środku stawki (krajów grupy OECD). Zresztą regularnie spada, jeszcze w 2004 roku wynosił 0,38. Dla porównania, dla Norwegii przyjmuje wartość 0,25, dla Niemiec 0,28, natomiast dla USA aż 0,39 (jeden z najwyższych wśród państw grupy). Generalnie najmniej rozwarstwione są kraje skandynawskie oraz większość najbardziej rozwiniętych (poza anglosaskimi), natomiast ich przeciwieństwo stanowią kraje Europy Płd., USA oraz kraje Ameryki Płd. Z raportu NBP „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” wynika jednak, że jeśli weźmiemy pod uwagę nierówności majątkowe, to okaże się że przepaść pomiędzy najbogatszymi, a ubogimi masami jest ogromna. Krytyka Polityczna wyliczyła, że 10 najbogatszych Polaków posiada majątek o wartości równej życiowemu dorobkowi 7 milionów najuboższych. Na typowy majątek klasy średniej składa się zazwyczaj mieszkanie za 300 tysięcy złotych plus samochód plus niewielkie oszczędności. Nie posiada więc ona właściwie kapitału niezbędnego do rozpoczęcia własnej działalności biznesowej albo inwestowania.

>>> Czytaj też: Pracownicy to nałogowi kłamcy. Jak firmy radzą sobie z oszustami?

Czy jesteśmy podobni do Brytyjczyków?

Powróćmy do podziału klasowego zaproponowanego przez Brytyjczyków. Czy w Polsce moglibyśmy się pokusić o podobną typologię klas?

Można doszukać się wielu podobieństw. Zacznijmy od samego dołu drabiny społecznej. Polska jest w ścisłej czołówce w UE pod względem „uśmieciowienia” umów. Pracownicy polskiego sektora usług to zazwyczaj osoby młode, otwarte, znające języki i posiadające wyższe wykształcenie. Jednak dysponujące często zbyt niskimi dochodami, by pozwolić sobie na zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Tradycyjna klasa robotnicza to w lwiej części przedstawiciele starszych pokoleń (na Wyspach średnia wieku dla tej grupy to aż 66 lata), które co prawda ustabilizowały już dawno swoje warunki życiowe, jednak są one na niskim poziomie.

Największe różnice pomiędzy Wielką Brytanią i Polską występują w klasie średniej i elicie. O ile pierwsza z nich jest w Polsce różnie definiowana, o tyle trudno na pewno o niej powiedzieć, szczególnie o jej niższym segmencie, że w porównaniu do wyspiarskiego odpowiednika dysponuje wysokim kapitałem kulturowym i społecznym.

- Statystyki dotyczące siły nabywczej wskazują na poważne dysproporcje w wynagrodzeniach specjalistów w Polsce i krajach zachodnich, co stymuluje odpływ najbardziej kreatywnych pracowników z naszego kraju, nazywany drenażem mózgów – mówi prof. UW dr hab. Krzysztof Klincewicz. - Z drugiej strony, wobec niższych kosztów życia i wygód życia codziennego (ang. amenities) dostępnych w dużych polskich miastach, skala migracji wykwalifikowanych pracowników ulega stopniowemu zmniejszeniu – dodaje. Badacz zwraca też uwagę na to, że w niektórych grupach zawodowych wchodzących w skład klasy kreatywnej standard życia w Polsce może być porównywalny z krajami zachodnimi - często przywoływanym przykładem są informatycy.

Z kolei jeśli chodzi o elitę – w Polsce jest znacznie mniej rozbudowana. W Wielkiej Brytanii na tysiąc mieszkańców przypada aż 319 milionerów. W Polsce jest ich tylko 13, co plasuje nas znacznie poniżej dla standardów dla zachodnich państw (dla USA wartość ta wynosi 448, dla Niemiec 244) – wynika z szacunków firmy Credit Suisse.

Klasa kreatywna, czyli dokąd to zmierza?

Autorem pojęcia klasy kreatywnej jest amerykański uczony i biznesmen Richard Florida. W swojej książce „Narodziny klasy kreatywnej” opisał on teorię rozwoju miast opartego o nową klasę społeczną. Wzrost znaczenia ludzi, których praca opiera się na kreatywności, będzie miał według uczonego poważne konsekwencje. Wpłynie przede wszystkim na zmniejszenie znaczenia tradycyjnych sektorów gospodarki, czyli państwowego i prywatnego. Wzrost gospodarczy w coraz większym stopniu będzie pochodził z pracy nowej klasy, a nie z eksploatacji surowców naturalnych i pracy fizycznej. Wzrost znaczenia klasy kreatywnej przeobrazi także biznes, zmieni stosunki na linii pracodawca-pracownik i przedefiniuje pojęcie własności.

Klasa kreatywna dzieli się według Floridy na dwa segmenty. Pierwszy z nich to tzw. superaktywny rdzeń, obejmujący przedstawicieli następujących zawodów: inżynierów, pracowników sektora edukacyjnego, programistów komputerowych, pracowników sektorów badawczo-rozwojowych, jak również osób związanych ze sztuką, projektowaniem i mediami. Wszyscy oni są w pełni zaangażowani w pracę twórczą. Drugi segment stanowią „twórczy profesjonaliści”, czyli klasyczni pracownicy o gruntownym przygotowaniu naukowym, działający w sektorach takich jak służba zdrowia, biznes, finanse, prawo i edukacja. Pracownicy ci zajmują się rozwiązywaniem konkretnych problemów, korzystając z rozległej wiedzy nabytej podczas studiów.

Klasa kreatywna rośnie w ogromnym tempie. Jeszcze w latach 80. XX wieku należało do niej jedynie ok. 5 proc. pracowników zatrudnionych w USA. Obecnie jest to ok. 30 proc., czyli 40 mln mieszkańców. Nie jest ona co prawda najbardziej licznym segmentem zawodowym (to w usługach zatrudnionych jest ciągle najwięcej osób), jednak w największym stopniu wpływa na kierunek i tempo zmian gospodarczych i społecznych.

W 2006 roku klasa kreatywna, zgodnie z definicją Richarda Florydy, liczyła w Polsce 3 mln pracowników – mówi Klincewicz. Około 537,5 tys. osób z tej grupy stanowiło „superaktywny kreatywny rdzeń”. - W kolejnych latach jej liczebność wzrosła - w ciągu 6 lat (2006-2012) aż o 21 proc. do 3,7 mln pracowników - dodaje. Badacz zwraca uwagę, że klasa kreatywna w Polsce rośnie mimo obserwowanego odpływu z kraju wykwalifikowanych specjalistów.

Jak prezentuje się polska klasa kreatywna w odniesieniu do zachodnich standardów? - Udział klasy kreatywnej w liczbie pracujących w Polsce jest znaczący i wyższy niż w wielu krajach zachodnich. Zwracam jednak uwagę, że klasę kreatywną wyodrębnia się w oparciu o specyfikę wykonywanych zawodów i wykształcenie a nie rzeczywiste osiągnięcia kreatywne/innowacyjne – wyjaśnia Klincewicz. Oznacza to, że większa klasa kreatywna nie przekłada się bezpośrednio na produktywność i innowacyjność gospodarki. Ponadto pod względem „kreatywności” występują duże różnice pomiędzy województwami. Najsilniejsze są pod tym względem województwa mazowieckie, podlaskie oraz pomorskie, natomiast najsłabsze wielkopolskie, opolskie i lubuskie. Odsetek osób pracujących w kreatywnych zawodach w Polsce to grubo powyżej 40 proc.

Dużo mówi się w Polsce o „umowach śmieciowych”. Pytanie brzmi – czy młodzi nie pracują na stałych umowach bo nie mogą, czy może dlatego, że kreatywnym umysłom w pewnym stopniu odpowiadają nowoczesne ramy pracy? Niezależnie od powodów faktem jest, że duża część osób dopiero co trafiających na rynek pracy ląduje w kreatywnych zawodach, na przykład w branży medialnej czy informatycznej, pracuje w nietradycyjnym systemie zleceniowym, jednocześnie u kilku pracodawców i nierzadko na własny rachunek.

>>> Polecamy: Liczysz na znaczną podwyżkę? Masz czas do 35. roku życia

Prekariusze wszystkich krajów łączcie się!

Prekariat to ludzie żyjący w stanie niepewności, pozbawieni bezpieczeństwa na rynku pracy, a w związku z tym ochrony socjalnej – twierdzi ekonomista z Uniwersytetu Londyńskiego Guy Standing. Standing zauważa, że od prekariuszy oczekuje się dziś wykonywania licznych i w istocie bezcelowych zadań, takich jak nieustanne przekwalifikowywanie się czy aplikowanie na kolejne stanowiska. Aktywność ta nie jest w żaden sposób wynagradzana, a przyczynia się jedynie do pogłębienia frustracji prekariuszy. Badacz podkreśla, że nie jest to jednorodna „klasa”. Dzieli się na trzy segmenty. Pierwszy stanowią osoby pochodzące z biednych rodzin, małych miejscowości, które mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Drugi to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzeci to głównie migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Jak duża jest populacja prekariuszy w Polsce? Szacuje się, że mogą stanowić nawet 25 proc. całego społeczeństwa. To nie tylko polski problem. W Japonii, która jest ojczyzną „sararimanów”, czyli pracowników korporacji zatrudnionych na całe życie, odsetek prekariuszy to aż 40 proc.

Kim jest polski prekariusz? - To olbrzymia grupa składająca się z przedstawicieli różnych zawodów. A nawet fragmentów klas społecznych. Ta grupa jest większa, niż nam się zdaje. I choć jej członkowie mają wspólne problemy i mogliby się wspólnie bronić, to często nie wykształcili jeszcze klasycznej klasowej solidarności, jaką mieli w XIX czy nawet XX wieku proletariusze – powiedział w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej socjolog Jarosław Urbański.

Urbański podaje jako przykład takiego zawodu pracownika akademickiego. Zauważa, że to publiczne uczelnie przodują w efektywności obchodzenia prawa pracy. Wykorzystują bowiem doktorantów do półdarmowej harówki; prowadzą oni zajęcia, warsztaty i organizują szkolenia. Uniwersytety wprowadzają wzorce typowe dla wczesnego kapitalizmu z epoki Forda. - Prekaryzacja ich pracy tworzy presję na trwałe formy zatrudnienia, które zamiast normalnością stają się luksusem, za który pracownik ma być wdzięczny – twierdzi Urbański. Innymi grupami mocno dotkniętymi prekariatem w Polsce są między innymi robotnicy, pracownicy handlu, a także… mikroprzedsiębiorcy.

Agencje pracy tymczasowej bronią jednak znaczenia umów terminowych. - Umowa o pracę tymczasową to szansa zwłaszcza dla osób, które zaczynają swoją drogę zawodową i tych, którzy chcą zdobyć doświadczenie. Dziś wielu pracowników narzeka, że nie może znaleźć odpowiedniej oferty, a pracodawcy nie są w stanie zrekrutować odpowiednich osób. Warto, więc zastanowić się nad mechanizmem, który pozwoli zaspokoić potrzeby obu stron – mówi Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz z Work Service S.A.

Problem prekariatu polega na tym, że jest bardzo niejednorodną klasą, która ma problemy z mobilizacją. Brakuje więc organizacji reprezentujących jej interesy. Co nie znaczy, że jej poszczególne segmenty nie protestują. Jednak społeczne bunty (np. fenomen Samoobrony) znajdują się na marginesie, a walka z patologicznymi zjawiskami, jak na przykład upadkiem lokalnych rynków pracy czy proletaryzacją wsi były traktowane przez media jako populistyczne ruchy.

Polska jest też niestety krajem bardzo słabych związków zawodowych. Stopień uzwiązkowienia jest niski, a nawet jeśli tak nie jest, to związki są okopane w starych i głównie publicznych sektorach.

Klasa „bezużyteczna”

Zdaniem felietonistki Bloomberga Yuval Noah Harari rewolucja technologiczna i gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji doprowadzą do wytworzenia „klasy bezużytecznej”. - Istnieją dobre powody by myśleć, że obecne okoliczności różnią się od przeszłych, a proces uczenia się maszyn jest czynnikiem, który zmieni „zasady gry”. Eksperci, którzy lamentują nad „utratą pracy” są w pewnym sensie jak bohater anegdoty: chłopiec, który płakał, wyczekując wilka. Wilk w końcu przyszedł – pisze Harari. Autor tłumaczy, dlaczego automatyzacja „przeorze” nieodwracalnie rynki pracy i dlaczego głębokie przekształcenia struktury wielu branż uniemożliwią zastępowanie jednych miejsc pracy innymi. - W 1920 roku farmerzy, którzy zostali odstawieni na bok z powodu automatyzacji rolnictwa, mogli znaleźć nową pracę w fabryce produkującej traktory. W 1980 roku bezrobotny robotnik przemysłowy mógł zacząć pracować jako kasjer w supermarkecie. Tego typu zmiany zawodowe były możliwe, bowiem przechodzenie z gospodarstw do fabryk i z fabryk do supermarketów wymagało tylko niewielkiego przekwalifikowania. Jednak w 2040 roku kasjer albo robotnik z branży tekstylnej tracący pracę na rzecz sztucznej inteligencji nie będzie w stanie rozpocząć pracy jako inżynier oprogramowania albo nauczyciel jogi. Nie będzie bowiem posiadał niezbędnych kompetencji – błyskotliwie tłumaczy Harari.

Według sporządzonego przez Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych raportu „Czy robot zabierze ci pracę? Sektorowa analiza komputeryzacji i robotyzacji europejskich rynków pracy” Polska należy do najbardziej zagrożonych automatyzacją pracy państw w UE. Aż 36 proc. całego rynku zatrudnienia w naszym kraju może zostać zastąpione przez maszyny (pod tym względem mogą się z nami równać tylko Węgry). Co ciekawe, według autorów dokumentu najbardziej narażone na automatyzację są tzw. kraje nowej Unii, czyli te o najniższym PKB per capita. Najmniej podatne na automatyzację są z kolei Norwegia i Szwajcaria, w których zagrożonych jest poniżej 19 proc. wszystkich zatrudnionych.

Skąd tak duże różnice? Zdaniem autorów kluczowa jest struktura gospodarek poszczególnych państw. Uwidaczniają się przy tym dwa podziały: na kraje Europy Zachodniej i Wschodniej oraz Północnej i Południowej. Dobrym przykładem jest rolnictwo – w Polsce ciągle pracuje w tym sektorze 13 proc. siły roboczej. Dla porównania: w Niemczech tylko 2 proc., z kolei nad Sekwaną 3 proc.

>>> Czytaj też: Dlaczego psychopaci są tak dobrymi szefami? Oto przekonująca odpowiedź