Dyskusja trwa, niemniej zwolennicy serca, stronnicy żołądka, mózgowi patrioci oraz wielbiciele rozmaitych innych części ciała mogą ją prowadzić wyłącznie dlatego, że potrafią się posługiwać słowami, pojęciami i emocjami. Mówiąc krótko: ostatecznie wszystko i tak sprowadza się do paru kilo elektrochemicznego mięsa zamkniętego w kostnej puszce.

„Mózg rządzi” był podobno wielkim przebojem w Norwegii. W istocie to rzecz z bestsellerowym potencjałem – bardzo klarowny i maksymalnie lekkostrawny ekstrakt z naukowej materii, która po pierwsze, jest ekstremalnie trudna, po drugie, ogromnie szybko się starzeje (w neuronauce dekada to jak stulecie), po trzecie zaś, ma charakter pionierski: niejednokrotnie badacze procesów zachodzących w ludzkim mózgu przyznają, że ich wiedza nadal jest bardzo ograniczona.

Owa klarowność pożeniona z przystępnością ma jednak swoją cenę – książka Nordengen miejscami aż się prosi o rozwinięcie, pogłębienie tematu, zejście z poziomu dziennikarskiej popularyzacji na poziom humanistycznej refleksji. Można odnieść wrażenie, że zbyt wiele informacji próbowano tu upchnąć na zbyt małej przestrzeni – efektem końcowym jest wszelako nie encyklopedyczna drobiazgowość, lecz dojmująca liofilizacja treści.

Ponarzekawszy, pozwolę sobie przejść do zalet. Laikowi „Mózg rządzi” może otworzyć oczy na wiele spraw dalekich od zdroworozsądkowej oczywistości. Pierwszą taką kwestią jest twardy materializm współczesnej neuronauki – nie istnieje nic na kształt duszy, nie ma żadnego dualizmu ciała i ducha, jest tylko wysoce zorganizowana struktura o skomplikowanej historii ewolucyjnej, struktura, w której wytworzyła się pewna synergia poszczególnych składowych, tworząca to, co zwiemy umysłem (a co jest w gruncie rzeczy dynamicznym, zmiennym w czasie produktem aktywności mózgu jako całości).

Inna kwestia to sprawa łańcucha decyzyjnego w mózgu – świadomość jest tak uformowana, by dawać naszemu „ja” poczucie, że to ono wydaje rozkazy. To oczywiście słodka iluzja. Gdyby tak było, żaden z naszych praprzodków nie przetrwałby spotkania z wężem albo tygrysem, zaś seks pod w pełni świadomą kontrolą byłby pasmem awarii najróżniejszych niezastąpionych narządów. Istnieje koncepcja, niewyartykułowana zresztą wprost w książce Nordengen, że świadomość po prostu jest perfidnym oszustwem: zbiorem wyselekcjonowanych fake newsów, jakie mózg przetwarza i wytwarza dla swego nosiciela, by utrzymać go w dobrej formie i umożliwić mu dalszą reprodukcję. Chodzi między innymi o rozbieżności między rzeczywistością a jej percepcją zmysłową, a także o retrospektywną plastyczność pamięci (nasza przeszłość to krucha i zmienna konstrucja), o swobodę chemicznej manipulacji świadomością czy o rolę instynktów.

W mózgu najciekawsza jest jego wyrafinowana architektura – wykazująca się szczególną harmonią między poziomami mikro a makro, między zautomatyzowanymi, wyspecjalizowanymi narzędziami a procesami aktywizującymi cały system. Mało znany przykład takiej osobliwej harmonii, opisany w tekście Norweżki, dotyczy „zmysłu miejsca” ulokowanego w płacie skroniowym tuż obok hipokampu (czyli mózgowego centrum pamięci), sieci neuronowych opartych na heksagonalnej siatce, uczących się przestrzeni, w których porusza się właściciel mózgu, i wyznaczających w tej przestrzeni punkty orientacyjne. Innymi słowy, każdy z nas nosi w głowie szczegółową, elastyczną mapę, która wie, gdzie jesteśmy, z jaką prędkością i w którą stronę się poruszamy. I którą sami na bieżąco tworzymy. Tu ciekawostka: zawodowi taksówkarze mają przeciętnie większe hipokampy niż reszta populacji. Natomiast pod wpływem używania elektronicznego GPS-u hipokamp maleje. Jedna z badaczek, cytowana przez Nordengen, twierdzi nawet, że długoletnie korzystanie z elektronicznej nawigacji może skutkować otępieniem w typie alzheimerowskim; choroba Alzheimera w pierwszej kolejności atakuje właśnie hipokamp. A zatem – lepiej się zgubić z własnym mózgiem niż znaleźć z GPS-em.

>>> Czytaj też: Pojawiła się nowa forma dezinformacji: tworzenie nieprawdziwego obrazu na podstawie prawdziwych dokumentów