Od wybuchu afery związanej z Cambridge Analytica i wyciekiem danych 87 mln użytkowników (użyto ich potem do profilowania kampanii politycznych), Facebook próbuje zażegnać kryzys. Jego prezes Mark Zuckerberg zapowiedział sprawdzenie wszystkich aplikacji podłączonych do serwisu (które do tej pory mogły zbierać dane o użytkownikach jak Cambridge Analytica), wprowadzenie centralnej strony do ustawień poziomów ochrony prywatności klientów czy zerwanie współpracy z brokerami danych.

Czy zmieni sposób zbierania i wykorzystywania informacji o użytkownikach w celach komercyjnych? Zastrzegająca sobie anonimowość osoba z kierownictwa tej korporacji, z którą rozmawialiśmy, nie rozwiewa wątpliwości. A to na dysponowaniu danymi klientów opiera się model biznesowy Facebooka.

– Deklaracje Zuckerberga, że oto zaczyna poważnie traktować naszą prywatność i wprowadza dodatkowe ograniczenia dla aplikacji działających na portalu, trudno odebrać inaczej niż jak zarządzanie kryzysem wizerunkowym – twierdzi Katarzyna Szymielewicz, prezes fundacji Panoptykon.

– Facebook uważa, że bezpieczeństwo nie zostało naruszone, więc nie było to włamanie. Dane zostały wzięte, bo były dostępne. To zdarzenie najlepiej świadczy o podejściu Facebooka do bezpieczeństwa danych swoich użytkowników – komentuje dla nas Joe McNamee, dyrektor EDRi, międzynarodowej organizacji walczącej o prywatność w sieci.

W piątek dyrektor operacyjna Facebooka Sheryl Sandberg oznajmiła, że osoby, które nie chcą, aby ich dane były używane do celów reklamowych, powinny płacić za korzystanie z serwisu. Nie poinformowała jednak, czy informacje o nich byłyby nadal gromadzone. Co więcej, nawet deklaracja zmiany polityki zbierania danych będzie półśrodkiem, jeśli firma nie zajmie stanowiska w sprawie informacji, które już ma (i może mieć nie tylko ona). Chodzi o 2 mld odwiedzin portalu przez użytkowników każdego miesiąca.

– Problem z dzisiejszymi hegemonami internetowymi, jak Facebook, Twitter i Google, jest taki, że reklamowanie jest podstawą modelu ich biznesowego działania. Wszystkie negatywne konsekwencje, boty, uzależnienie od sieci, nieskończone klikanie i odświeżanie wywodzą się właśnie z komercyjnego modelu tych korporacji – komentuje dla nas Evgeny Morozov, wykładowca na uniwersytecie Stanforda, autor książki „The Net Delusion”.

Facebook gromadzi treści i informacje otrzymywane przez użytkownika, np. dane zapisywane przy rejestracji konta, tworzeniu treści i ich udostępnianiu oraz przy wymianie wiadomości. Przechowuje informacje o lokalizacji, dacie utworzenia przesłanego pliku, rodzaju przeglądanych treści oraz sposobie reagowania na nie. Korporacja gromadzi też informacje o użytkownikach niezarejestrowanych, jeśli odwiedzają oni aplikacje i witryny, na których znajdują się usługi Facebooka. Podobne informacje zbierają inni technologiczni prymusi, np. Google.

Katarzyna Szymielewicz przyznaje, że prawo, które miało bronić użytkowników przed zbieraniem informacji o nich, może nie zadziałać zgodnie z założeniami w przypadku korporacji Zuckerberga. – Mówiąc publicznie o przygotowaniach do RODO, przedstawiciele Facebooka z dużą pewnością siebie podkreślali, że nic się nie zmieni w sposobie działania strumienia aktualności. A więc nie dowiemy się, jakie nasze dane są wykorzystywane do profilowania podsuwanych nam treści, nie będziemy też w stanie tego zablokować. Ochrona praw użytkowników zawsze przegrywała z komercyjnym interesem firmy – mówi.

Po 25 maja i wejściu w życie RODO użytkownicy dowiedzieliby się o wycieku danych. Tak uważa Katarzyna Ułasiuk, ekspert ochrony danych osobowych w firmie iSecure. – Facebook powinien poinformować zarówno organ nadzorczy, jak i same zainteresowane osoby, gdyby ochrona ich danych została naruszona lub zachodziło duże ryzyko naruszenia ich praw – twierdzi.

>>> Czytaj też: Wojna handlowa to przy tym nic. Chiny chcą wygrać wyścig technologii komputerów kwantowych