Mimo tendencji odchodzenia od obowiązkowego abonamentu na media publiczne, ta danina ciągle obowiązuje w co drugim kraju Unii Europejskiej i w prawie połowie – 26 z 56 – państw zrzeszonych w Europejskiej Unii Nadawców (EBU). Z raportu EBU wynika ponadto, że abonament w ub.r. przyniósł mediom publicznym należącym do tej organizacji 22,59 mld euro, co stanowi 63 proc. środków, jakimi w tym okresie dysponowały.
Najwięcej na media płacą Szwajcarzy – ponad 390 euro rocznie – i Duńczycy – prawie 340 euro. Średnia unijna przekracza 146 euro, a średnia w ramach EBU sięga prawie 137 euro. W Polsce abonament kształtuje się znacznie poniżej średniej i wynosi ok. 64 euro. Z najbliższych sąsiadów o jedną trzecią więcej płacą Czesi, a ponad trzy razy więcej Niemcy. Niższe opłaty obowiązują na Słowacji (niespełna 56 euro). Najmniej w UE płacą Grecy – 36 euro – zaś w EBU Algierczycy – poniżej 3 euro (Europejska Unia Nadawców sięga poza granice kontynentu).
„Kraje z wyższymi stawkami abonamentu odnotowują zarazem umiarkowany odsetek osób unikających płacenia” – zauważają autorzy raportu EBU. Z drugiej strony, niskie opłaty w Polsce i Czechach nie zachęcają do tego, by płacić. Co oznacza, że obniżanie abonamentu nie zwiększa jego ściągalności. Większą szansę na osiągnięcie takiego efektu daje natomiast wypracowanie pozytywnego wizerunku mediów publicznych w społeczeństwie. Według EBU pomaga w tym abonament „na odpowiednim poziomie, dostosowany do potrzeb” nadawców, gdyż pozwala im lepiej wypełniać publiczne zadania i oferować programy wysokiej jakości, „co z kolei może zachęcić do płacenia”.
Wpływ na skuteczność poboru ma też jego metoda: tam, gdzie publiczne radio i telewizja same nadzorują ściąganie abonamentu – np. w Wielkiej Brytanii – odsetek osób uchylających się od jego płacenia jest niski lub umiarkowany. EBU zastrzega jednak, że żaden system ściągania abonamentu nie jest sam w sobie gwarancją skuteczności, ponieważ w przypadku każdego państwa decyduje o tym splot wielu czynników.
Reklama
W Polsce na niekorzyść abonamentu rtv działa m.in. nieszczelność i archaiczność systemu zbierania tej daniny. Teoretycznie obowiązuje ona wszystkie gospodarstwa domowe mające odbiornik radiowy lub telewizyjny. Trzeba go zarejestrować na poczcie, a potem płacić raz w roku lub w miesięcznych ratach. Według danych GUS telewizory posiada 13 mln gospodarstw w kraju (czyli 96,4 proc.). Tylko że niemal połowa ich nie zarejestrowała. Ze sprawozdania Poczty Polskiej, która na zlecenie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji pobiera abonament, wynika ponadto, że w ub.r. spośród 6,6 mln posiadaczy zarejestrowanych odbiorników większość – 55,7 proc. – i tak była ustawowo zwolniona z opłat. Z pozostałych 3,16 mln zarejestrowanych abonament płaciło 995 tys. gospodarstw.
Oprócz Polski tradycyjna definicja odbiornika jest podstawą pobierania abonamentu w Albanii, Bośni i Hercegowinie, Irlandii i Francji. Większość krajów EBU rozszerzyła ją o nowocześniejsze urządzenia – szczególnie uwzględniające oglądanie w internecie – albo w ogóle uniezależniła od posiadania konkretnego sprzętu.
W mijającej kadencji podjęto próby zastąpienia abonamentu innym rodzajem opłaty. Pojawił się m.in. projekt włączenia składki na media publiczne do podatków PIT/CIT – porzucono go jednak, bo wywołał duże niezadowolenie społeczne. Po ostrej krytyce branży odstąpiono też od pomysłu obarczenia operatorów płatnej telewizji obowiązkiem przekazywania Poczcie Polskiej danych klientów – co w założeniu miało uszczelnić system rejestracji odbiorników.
Przed wyborami do parlamentu prawica deklarowała chęć zniesienia abonamentu rtv. Mówiono wtedy o przejściu na finansowanie mediów publicznych bezpośrednio z budżetu – co de facto funkcjonuje obecnie jako źródło dodatkowych środków dla TVP i radia, udzielanych im na podstawie jednorazowych nowelizacji ustawy abonamentowej. Dotychczas nie zapadła jednak decyzja polityczna o podjęciu kroków zmierzających do rezygnacji z abonamentu. ©℗
Ile płacimy na media publiczne